niedziela, 30 czerwca 2013

Małpy i gąbki

Sytuacja: Fascynujące Dni Naszego Miasta.
Osoby dramatu: ja i Justyna, osoby sprzedające, ludzie na rynku

Just: Chcę balona ze Sponge Bobem!
Mad: Boże... No to... kup sobie. Ale Sponge Boba?!
Just: A Ty też sobie kup!
Mad: Ale ja nie lubię Sponge Boba. I w ogóle tych nowych bajek. Popatrz, tu nic nie ma fajnego. Oooooo, Arielka!!!!!!!!!!!!!
(idziemy spytać o ceny gąbkowych ciasnoportych balonów)
Pan: Ten większy 20 zł, ten mniejszy 15.
Pan z tyłu: Ale obniży cenę, bo jest WOLNY!
Ja, półszeptem: Drogie te balony. A ten tańszy brzydki. (po chwili) Patrz, tu są maskotki ze Sponge Bobem.
Just: Oooo! Ja ją chcę.


Po dokonaniu niezwykle opłacalnego zakupu (15 zł, a Just szczęśliwa jak rzadko :P)

Just:  Teraz MUSISZ wydać pieniądze. Proszę, proszę, prooooszę! No, kup coś!!!
Mad: Ale mnie się nic nie podoba. A może sobie te uszy kupię*...?
Just: Tak, tak!
Mad: No i co, tak będę w nich chodzić jak wariatka? Stara już jestem...
Just: Będziesz miała na Halloween! Przebierzesz się za Minnie!
Mad: Chodź, po drugiej stronie też jest stoisko.

Po obejrzeniu pierścionków- motylków, świetlnych mieczy i podróbek lalek MH, zauważyłam urocze małpki, uwieszone łapkami na sznurku. Myślałam jeszcze o tygrysie, ale w końcu brązowa małpka mnie urzekła. Całe szczęście, że pluszowa, a nie prawdziwa, bo jeszcze w tym moim zwierzyńcu małpy brakuje. Swoją drogą, wybrałam ją chyba podświadomie, bo ostatnio mi się śniła małpka- noworodek, którą musiałam się zająć ;). Małpka wylądowała na mojej szyi i wtedy zauważyłam, że w środku ma jakiś plastik, więc pewnie coś robi. Nacisnęłam. Zaczęła wydawać dziwne jęczące okrzyki i świecić oczami (!!!!!) na czerwono :D. Nie powiem, jaki miała Justyna pomysł na zastosowanie jej jęków. Zresztą... naciskała ją tyle razy, że się zmęczyła i przestała. Teraz tylko rzuca groźne spojrzenia. Na czerwono. Strasznie nas ubawiły te nasze zakupy. Tym śmiechem i maskotkami zwracałyśmy na siebie jeszcze większą uwagę niż zwykle. Ponadto... Pierwszy raz ludzie zatrzymywali wzrok na moim dekolcie a nie gdzie indziej (ok, nie licząc niektórych 9-latków, z którymi miałam zajęcia :P). Fajnie było. I przyjaciółkę mam fajną. Najfajniejszą na świecie :)!
Buziaki, M.

*takie jak myszki Minnie, w różnych kolorach, migające :rolleyes:

Ps. Jak znajdę kabel do telefonu (nowy, a już gdzieś posiałam :>), to Wam wrzucę zdjęcie małpy. Nasze z naszymi maskotkami też są, ale mają kiepską jakość, i w ogóle :P....

piątek, 21 czerwca 2013

To już lato!

źródło: http://3.bp.blogspot.com/-GbdIeZniaHk/T6W8V0EePgI/AAAAAAAAGxw/yCn9VnYFMWM/s1600/via+pinterest-come+on+summer.jpg
Nie wiem, jak Wy, ale ja czuję to bardzo bardzo dobrze! Pewnie głównie dlatego, że pracuję w szkołach i tam da się wyczuć elektryzujące napięcie w oczekiwaniu na przyszły piątek. Dzieciaki nie chodzą do szkoły (a na dodatkowe zajęcia to już w ogóle :P), są kompletnie rozkojarzone, a mnie nawet nie chce się ich nawracać. Robię się coraz gorsza, bo aż się wzruszyłam, jak się przyglądałam próbie akademii na koniec roku szkolnego. Wychowawczyni, która prawdopodobnie ćwiczyła z nimi po raz setny, nie wyglądała na wzruszoną. Raczej tak, jakby zaraz miała wyjść z siebie. Jej okrzyki Jak śpiewasz do mikrofonu to nie muszisz tak WRZESZCZEĆ! oraz Dwie osoby trzymają mikrofony, a reszta TAŃCZY! było słychać chyba w całej szkole :D. Jeeeezuuuu, jak sobie przypomnę te wszystkie zakończenia roku szkolnego! Występowałam w większości akademii (a raz mi się pomyliło i przyszłam na tę samą godzinę, co reszta szkoły, zamiast wcześniej jak wszyscy występujący- nauczycielka mi powiedziała, że JUŻ NIGDY MNIE NA ŻADNĄ AKADEMIĘ NIE WEŹMIE :D). Ehhh, ostatni dzień szkoły przed wakacjami... To był zawsze najfastyczniejszy dzień :D. Jak byłam w podstawówce, to szłam od razu po szkole do taty do pracy i pokazywałam świadectwo, i dostawałam kasę (ewentualnie szłam z mamą kupić wymarzony szejker z Colacao, w którym można było przyrządzać kakao na zimno!!!). W kolejnych latach edukacji, to zawsze się gdzieś szło ze znajomymi (bo i świadectwo aż tak piękne nie było- i bez paska :P). Pamiętam oficjalne zakończenie gimnazjum i jak płakałam z koleżanką (buziaki, Nisia :D)- na koniec liceum nie było mi tak źle- nie zżyłam się tak z klasą, czekały mnie 4 miesiące wakacji, studia w obcym mieście, i w ogóle (a może dlatego, że matury jeszcze były przede mną :P?) ;). A teraz znów będę miała wakacje. I nie wrócę po nich do szkoły- jak wszystko dobrze pójdzie, to będę miała własny gabinet ;). Pewnie większość wakacji spędzę na załatwianiu formalności- ale to nic- sama radość ;). Wczoraj, w tym okropnym upale (nie cierpię lata w mieście :/) zamarzył mi się hamak na działce u babci, i książka, i altana z winorośli. Tak, do babci też się wybiorę! Jak na razie muszę wytrzymać ostatni tydzień szkoły i nie zasypiać na zajęciach jak wczoraj:
Dziecko dostało ambitne zadanie narysowania i napisania pocztówki z wakacji (ma koszmarne zaburzenia mowy, słuchu fonemowego, wada wymowy odzwierciedla się w piśmie, blebleble):
Chłopiec: I tu będzie meeeewaaaaaaaa, a tu statek.... On jest daleko, dlatego jest taki mały.
Ja (z głową podpartą o ręce i zasłoniętymi oczami odpływam, niczym ten statek) Mhmmm....
Chłopiec (po chwili milczenia, podniesionym głosem): JUŻ!
No, jakbym, kurwa, w łeb dostała. Ledwo otworzyłam oczy, to aż mnie zamroczyło. Nie wie, że się dorosłych nie budzi :P? Dobra, nie spałam, ale upał naprawdę daje mi się we znaki- wczoraj miałam objawy udaru (ale to pewnie z głodu i ciepła). Na szczęście chłodny prysznic, zsiadłe mleko i tabletka przeciwbólowa pomogły. Ale widać, że nie tylko ja cierpię na różne zaburzenia wywołane wysoką temperaturą otoczenia. Podchodzę sobie (w sukience przed kolano) do rozkładu jazdy autobusów, nagle słyszę: Ładne ma pani kolanka! Myślę sobie: Nie do mnie, na pewno nie do mnie. Głos, tym razem dosadniej: Kolanka ma pani ładne! Odwracam się, patrzę, Pan Lekko Zawiany w rozpiętej koszuli siedzi na ławeczce, obok kobiet w średnim wieku z nieodsłoniętymi kolanami, i patrzy na mnie z lepkim uśmiechem, dając do zrozumienia, że tak, owszem, do mnie ten komplement. Podziękowałam uprzejmie, na co on, zachęcony, dodał (do tego, że mam ładne kolanka) I chyba nie tylko... Wtedy, zamiast podziękowań, z moich ust wydobyły się dwa słowa: Ja pierdolę. I kontynuowałam sprawdzanie rozkładu. Swoją drogą, to jak już tak komentował moje kolana, to równie dobrze mógłby powiedzieć, że mam wielkie balony- spostrzeżenie równie prawdziwe i trafne. Biedny, miał halucynacje z tego upału...

Jeszcze tylko dwie piosenki, które kojarzą mi się z wakacjami i/ lub zakończeniem szkoły:


Te słowa są niesamowite (on wyglądał jak biznesmen, choć był tylko w slipach :D)








niedziela, 16 czerwca 2013

Recenzja produktów firmy Kupiec, cz. IV



Przetestowałam kolejne produkty firmy Kupiec:





Kasza jęczmienna perłowa


Wartość odżywcza 100g produktu:
Wartość energetyczna347 kcal
1473 kJ
Białko6,9 g
Węglowodany75 g
Tłuszcze2,2 g

Lubię różne kasze, również jęczmienną, więc ta przypadła mi do gustu. Jest smaczna, nie skleja się w breję podczas gotowania. Użyłam jej do farszu do "innowacyjnych" gołąbków (mięso mielone, cebula, kasza jęczmienna, natka pietruszki, żurawina suszona). Pięknie się prezentowała na patelni z natką i żurawiną ;).





Kasza manna Instant waniliowa Coś na ząb











Wartość odżywcza 100g produktu:
Wartość energetyczna 388kcal
1645kJ
Białko 10,1g
Węglowodany 76,8g
Tłuszcze 4,2g
Błonnik 1,5g












Kasza manna i grysik kojarzy mi się z podwieczorkiem w przedszkolu- nie wspominam tego specjalnie dobrze :P. Trochę się bałam, że przedszkolny smak mlecznej brei kryje się w tym niepozornym ładnym opakowaniu... Ale nie ;). Kasza jest całkiem smaczna, przypomina trochę budyń waniliowy. Pachnie wanilią i zauważalne są jej drobinki w kaszce. Szybkie, łatwe i całkiem smaczne.





Wartość odżywcza 100g produktu:
Wartość energetyczna 387 kcal
1633 kJ
Białko 11,3 g
Węglowodany 67 g
Tłuszcze 6,8 g
Błonnik 6,3 g



Próbowałam już kilku owsianek z tej serii i wszystkie są dość podobne- słodkie z nutą kwaskowatości,dobre, ale mało sycące. Bez wątpienia coś na ząb, a nie śniadanie :).



 
Maca z ziołami prowansalskimi



Wartość odżywcza 100g produktu:
Wartość energetyczna 341 kcal
1447 kJ
Białko 8,5 g
Węglowodany 74 g
Tłuszcze 1,2 g
To zdecydowanie moja ulubiona Maca! Jest pyszna, lekka, bardzo krucha. Gołym okiem widać, że faktycznie jest w niej dodatek ziół prowansalskich, da się to również wywęszyć, bo maca pachnie oregano i bazylią, czuje się też ich smak. Fantastycznie komponuje się z pietruszkowym pesto, Jedyny mankament to fakt, że przez swoją delikatność strasznie się kruszy i ciężko coś na nią nałożyć, żeby się nie rozpadła.




.
Wartość odżywcza 100g produktu:
Wartość energetyczna 436 kcal
1846 kJ
Białko 13,5 g
Węglowodany 84,2 g
Tłuszcze 5 g
Kiedy się je otwiera, pachnie jogurtem brzoskwiniowym ;). Chrupiące, delikatne, dużo cieńsze i lżejsze niż duże okrągłe, albo kwadratowe zwykłe wafle (które uwielbiam :>) W porównaniu do tych podpłomyków smakują lepiej. Słodycz jest wyczuwalna, ale nie jest to słodycz cukru, ale taka, która kojarzy mi się z latem ;). Dobre jako przekąska, nie zapychają







Na dziś to tyle testowania. Skoro już jesteśmy przy zdrowym trybie życia, to chyba wrzucę Wam post o jeździe na rolkach :>...

Buziaki, Madeleine.

środa, 12 czerwca 2013

Noc jak każda inna noc?

 
A nie! Bo była Tinka! Jakbyście nie wiedzieli, kto to, to tu trochę o moich przyjaciołach i zdjęcia z Justyną. Miały być maseczki, paznokietki i ploteczki, a było... żarcie. Najpierw robiłam kolację (duuuże makaronowe muszle zapieczone z tuńczykiem, cukinią, szczypiorkiem, sosem i serem :>), potem ją pożarłyśmy (niestety zostało tyle, że muszę jeść to jeszcze dziś oraz jutro- także jakby ktoś reflektował, to zapraszam :P).

Po zrezygnowanym Wiesz co, ja już nie mogę. nastąpiło pełne paniki: O Boże, otworzyłaś rurki (takie waflowe, puste w środku :>, a na stole były już ciastka, truskawki i chrupki kukurydziane) A potem:

Just: Niby nie potrafię dojeść, ale słodycze żrę.
Ja (pochłaniając kolejną rurkę, a może chrupkę kukurydzianą?): To ty nie wiesz, że na słodycze jest osobny żołądek?
Just: Taaaa.... Ale dupa jedna.
Zgodziłam się i jadłyśmy dalej. A potem:

Ja: Mhhhh! (wciągnięcie powietrza, którego nie potrafię transkrybować na język polski pisany) A ja mam coś JESZCZE!
Lecę do kuchni, niczym gazela, pędem wracam z uniesionym w górę niczym sztandar Polski mlekiem czekoladowym. W tubce
Ja: Jadłaś to kiedyś, lubisz?
Just: Dawno. Po chwili, w której nastąpiła propozycja połączenia truskawek i rurek z mlekiem, oświadczyła tonem spokojnego konesera. Wiesz... z tą rureczką to jest zajebiste.


Była też zdjęcia z próbą profesjonalnego ustawienia statywu:  
Ja: Patrz, wezmę te dwa tomy Osieckiej i położę na stole, to se pstrykniemy samowyzwalaczem. Nie ruszaj się, bo się ostrość ustawia! Czekaj, dołożę jeszcze Lipińską. O, i słowniki języka polskiego też się w końcu na coś przydadzą!
oraz oświetlenia:  

Ja: To ja robię zdjęcie, a Ty trzymaj lampkę pod naszymi twarzami. (...)

 Może spróbujemy od góry?
 

i mówieniem: Nieeeee, to jest mój gorszy profil! oraz Czekaj, nie z tej strony, tu mam pełno syfów.
Były też próby zdjęć seksownych, ale
Just: Ja nie umiem robić min w stylu gwiazdy porno, to twoja działka!
Ja: .....
 (Tych najbardziej "porno" Wam nie pokażę :P)
Potem było tylko gorzej...

Tak się śmiałyśmy podczas robienia min, ustawiania światła oraz efektów sesji (z tego najbardziej), że mało nie padłyśmy.

Potem był Magic Mike (i chrupki orzechowe) oraz piski (moje) i komentarze w stylu O Boże, też tak chcę! (Just). Komentarze dotyczyły oczywiście podnoszenia kobiet przez silnych facetów i wykonywania z nimi różnych takich ewolucji w powietrzu. I ja się z Justyną zgodziłam- też bym tak chciała. Bynajmniej nie chodziło nam o wymachiwanie czymkolwiek w stringach przed naszymi twarzami. Swoją drogą, ciekawe, kto by nas podniósł po tych wszystkich rureczkach :P...

Potem się położyłyśmy. Czarnuszka próbuje zająć swoje stałe miejsce pod kołdrą. Justyna: Nieeeee! A ona mi nie przegryzie gardła, jak będę spała?
Po przebudzeniu:

Just: Siema (:D :D :D).
Ja- zaspana: Mhm.
Just: Wiesz kto mi się śnił? (I tu padają konkretne dane, których oczywiście nie podam, ale jakiś tam jeden z byłych).
Ja: Boooooożeeee... Masakra. Za chwilę- jakbym dostała obuchem w łeb. Boże! A mnie się śnił (i tu ta sama sytuacja :P). Śmiesznie, bo to faceci z tego samego okresu naszego życia ;).

Później:
Just: Wiesz, dlaczego oni nam się śnili?
Ja: Bo o nich gadałyśmy?
Just: Bo się nażarłyśmy przed spaniem. I potem się głupoty śnią.
Ja: Chyba koszmary...

A potem był koniec sielanki, bo trzeba było iść do pracy. Morał z tego taki, żeby się nie obżerać, bo potem żaden facet (nawet striptizer) Was na rękach nosił nie będzie. Ewentualnie ten, którego wcale tam nie chcecie, pojawi się w Waszych snach. Żebyście sobie nie myśleli, że te wszystkie kalorie odłożą nam się w naszych pięknych ciałach, to już Was informuję, że wieczorem idziemy na rolki ;)! Buziaki!

Ps. Coś czuję, że Justa mnie zabije za dodanie tutaj tych fantastycznych zdjęć :D.

wtorek, 11 czerwca 2013

Truskawki

 źrdło: http://topwalls.net/wallpapers/2012/04/Chocolate-Strawberry-Fruit-2048x2560.jpg

Skandal, ale w tym roku nie jadłam truskawek. No dobra, RAZ, ale tylko kilka, więc właściwie się nie liczy. Wczoraj po pracy chciałam kupić, ale nie zdążyłam... Ale dziś kończę wcześnie i idę na polowanie. Niech mi tylko ktoś spróbuję powiedzieć, że truskawek nie ma. Albo, że kosztują 12 zł za kilo. Przysięgam, zabiję. Nakupię DUŻO i DUŻO ich zjem. Uwielbiam truskawki! W ogóle lubię owoce. Uważam, że aż emanują smakiem, soczystością, a nawet erotyzmem (niegrzeczne truskawki :D!). Jak nie pożrę wszystkich naraz, to może uda mi się trochę zostawić na wieczór z przyjaciółką, która dziś u mnie nocuje (w świetle wypowiedzi o erotyzmie wygląda to podejrzanie :D). Będą filmy, jedzenie, długie rozmowy, peelingi, maseczki, zwierzenia i głupie zdjęcia- zapowiada się dobra noc :D. Nie mogę się doczekać!

A teraz jeszcze teksty dzieciaków, które mi się przypomniały:

-A co tak pani dzisiaj ładnie wygląda?

- Dlaczego ma pani spódnicę?

I moje ulubione- nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać:

- No, to jakie u nas są pieniążki, jaka waluta?
- ....
- zło....
-Złongakom? (z wonga.com)

Idę do pracy, kolekcjonować nowe teksty ;).

Dobrego dnia- mój zapowiada się świetnie (poza tym deszczem :>)

piątek, 7 czerwca 2013

Ach, ta dzisiejsza młodzież.

Kamil (lat 9): Ale dziś miałem dzień!
Ja: No, to opowiadaj.
K: Naprawdę muszę?
J: No nie, ale powiedz chociaż, czy to coś dobrego, czy złego.
K: Dobrego (...) Miałem 3 baby, a dziś się zrobiły 4.
J: Baby? W sensie dziewczyny? Ale że czekaj! Że jak CZTERY! Przecież miałeś jedną, tą... no... Natalię? Wiktorię?
K: Alę.
J: No, właśnie! To jak to się stało, że masz cztery? A one o sobie wiedzą? I im to nie przeszkadza, nie biją się? To powiedz chociaż, jak to się stało, że z trzech się cztery zrobiły.
K: Ania przyszła dziś do mnie na lekcji (!) i powiedziała, że na ostatnim wfie się we mnie zakochała!

Młody ma takie gadanie, takie miny strzela i jest tak pewny siebie, że aż strach pomyśleć, co będzie za parę lat :D.

Dodam jeszcze, że wszystkie cztery mają imiona na A- dwie z nich to Ale, więc specjalnie mu się mylić nie będzie. Ta pierwsza, Ala, chodzi za nim ciągle z koleżankami i go zaczepia i on nie może iść przez nią do haźla :P.

Nie wiem, czy Wy też macie wrażenie, że strasznie przesunął się wiek "dorosłości". Teraz piątoklasistki wyglądają, rozmawiają i zachowują się jak ja i moje koleżanki pod koniec gimnazjum. Plus 100 kg więcej bezczelności ;).

Boże, jak ja byłam w drugiej klasie podstawówki... Prehistoria normalnie, prehistoria.

środa, 5 czerwca 2013

Maślane rogale


Uwielbiam maślane bułki i rogale. Poszukuję przepisu idealnego, który przypomni mi dzieciństwo (ja nie wiem, czemu każde jedzenie musi mi je przypominać :D). Taki dzięki któremu przeniosę się do czasów wczesnej podstawówki, kiedy to w moich fioletowym (a jakże!) pojemniku na śniadanie nosiłam maślanego rogalika z makiem, posmarowanego z masłem. I jeszcze cytrynę, do okropnie słodkiej szkolnej herbaty, nalewanej chochlą z wiadra (ta cytryna chyba była w innym miejscu niż rogalik :P). Teraz nie ma już takich bułek, ani rogalików, więc szukam i wypróbowuję przepisy. Jak mi się uda, to na pewno dam znać! Na razie wrzucam przepis na równie pyszne mini (bo takie uformowałam ;)) rogaliki maślane. Są bez maku, bo o 21 większość sklepów pozamykanych, a w reszcie (supermarkety, kule!) maku nie ma. Nawet w piekarni (otwartej całą dobę) byłam! Mogłam kupić jakieś bułki z makiem i ten mak zdrapać, tak właściwie. No, ale... Nie zrobiłam tego :P. Inspirowałam się tym przepisem .

Składniki:
  • 0,5 kg mąki pszennej
  • 25g drożdży
  • 3 jajka (w tym jedno do posmarowania rogalików)
  • 3 łyżki oleju
  • 3-4 łyżki cukru
  • szczypta soli
  • szklanka mleka
  • 50 g masła
Zrobić zaczyn- drożdże rozkruszyć, zasypać cukrem, dolać odrobinę letniego mleka. Mąkę przesiać, dodać do niej sól. Zrobić wgłębienie, wlać wyrośnięty zaczyn. W garnuszku z ciepłym mlekiem rozpuścić masło, dodać tam jajka i olej- wymieszać. Wyrabiamy ciasto, następnie odstawiamy je do wyrośnięcia na ok godzinę. Ciasto dzielimy na dwie części, po kolei wałkujemy każdą z nich, tworząc kształt koła. Kroimy na trójkąty- w zależności od tego, jak duże mają być rogaliki- na 8, lub 16 części (jak pizzę ;)). Zwijamy- od szerszej do węższej strony, wyginamy w kształt rogalika (tutaj zdjęcie). Kładziemy na natłuszczonej blasze, smarujemy jajkiem roztrzepanym z niewielką ilością wody, odkładamy na 15 minut, żeby jeszcze trochę urosły. Pieczemy przez 10-15 minut w temperaturze 200 stopni. Są wyśmienite z powidłami śliwkowymi :).

 
 

Smacznego dnia, kochani :).

wtorek, 4 czerwca 2013

Kluski tarte


Zastanawiałam się, czy wrzucać Wam przepis na to danie. Nie wygląda imponująco, nie ma ani odrobiny wykwintności, do tego bardzo ciężko podać dokładny przepis. Ale z drugiej strony, to smak mojego dzieciństwa. Jest pyszne, bardzo tanie i… oczywiście średnio zdrowe- a właściwie po prostu ciężkostrawne. To jedyny obiad, po którym nie mam ochoty pochłonąć czegoś czekoladowego. Te kluski są daniem regionalnym- ja twierdze, że pochodzi z Mazowsza (bo ja stamtąd pochodzę ;)). Na niektórych blogach widnieją, jako danie śląskie, ale mieszkam tu tyle lat i nikt poza naszą rodziną takich kluch nie jadł ;). Mogą kojarzyć się z ciemnymi kluskami śląskimi- ale poza najbardziej widoczną różnicą (kształtem) jest jeszcze jedna istotna- tamte robi się z połączenia ziemniaków ugotowanych i surowych a moje kluski mają w sobie wyłącznie ziemniaki surowe. Są znane również pod nazwą szare, polskie, ziemniaczane, a nawet kluski żelazne. Sposób przygotowania jest dość pracochłonny, ale pracę można sobie ułatwić, zresztą zdecydowanie warto się trochę „pomęczyć” dla tego wspaniałego smaku ;).

Potrzebne są:

  • Ziemniaki (ok 5-7 dużych)
  • Mąka pszenna (ok 1,5- 2 szklanki)
  • Mąka ziemniaczana (ok 2 łyżki)
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka soli

Można je jeść jako dodatek do mięs, ale ja zdecydowanie wolę je jako samodzielne danie- podane ze skwarkami cebulą i… białym serem. Od początku mam zresztą swój własny sposób nakładania tego dania- najpierw kluski, potem ser, potem sól, a potem tłuszcz (kiedyś absolutnie nie mogła wpaść cebula, ani skwarka :D).

Przygotowanie:

Ziemniaki ścieramy na najdrobniejszych oczkach tarki (to najgorsza robota, więc można posłużyć się malakserem, czy innym blenderem ;)). Teraz uwaga: bierzemy durszlak, a pod nim kładziemy głęboki talerz, po czym wrzucamy ziemniaki na durszlak. Po chwili, na talerzu zbierze się woda, ale i skrobia. Wodę należy ostrożnie wylać, a skrobię zostawić. W dużym garnku gotujemy wodę (posolić!). Ziemniaki i skrobię przekładamy do miski. Dodajemy mąki ziemniaczanej (ilość zależy od ilości skrobi, która została po starciu ziemniaków), soli, jajka (jednego jajka :P) i mąki pszennej- po trochu. Mieszamy, cały czas dodając mąki. Ciasto powinno być bardzo gęste. Musimy uważać, żeby nie przesadzić- bo kluski będą za twarde. Zbyt mała ilość mąki spowoduje jednak, że zamiast klusek, zrobi nam się gęsta woda ;). Sposobem mojej mamy (która robi najlepsze kluski tarte na świecie ;)) jest przejechanie łyżką po cieście- jeśli zostanie ścieżka, która dość wolno będzie łączyć- ciasto jest dobre. Ciasto o odpowiedniej konsystencji powoli spada z łyżki.
Przekładamy część ciasta na deskę do krojenia, bierzemy łyżkę- tą łyżką zrzucamy kluski prosto do garnka z gotującą się wodą. Porcje zrzucanego ciasta powinny być podobnej wielkości. Kluchy będą miały nieregularne kształty, ale o to chodzi :). Po chwili mieszamy cedzakiem.


W międzyczasie kroimy słoninę i cebulę, podsmażamy. Kiedy kluski wypłyną, gotujemy jeszcze ok 5 minut i odcedzamy. Podajemy z tłuszczykiem i pokrojonym (pokruszonym) białym serem (i wtedy znów sól, bo ser niesłony :P). Życzę udanego gotowania, smacznych klusek i… przyjemnego zmywania, bo garów po tym jest mnóstwo, a zjedzenie tego dania taaaaak rozleniwia ;).


 
 Zaparowany Hultaj oczekuje na obiad.

Buziaki, Madeleine.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...