czwartek, 4 września 2014

Podróż do Warszawy, część I.

Gdybym opowiedziała Wam o swoim poprzednim tygodniu, padlibyśmy trupem. Istnieje również szansa, że to JA padłabym trupem, do tego na pewno z cudzej ręki (co najmniej jednej). Gdybym miał gitarę, to bym na niej grał. Ale ponieważ, na co dzień nie stosuję rodzaju męskiego w wypowiedziach własnych, a gitarę siłą mi odebrano dawno dawno temu (a imię na niej widniało: Jezus - poważnie!), nie opowiem Wam o moim tygodniu. No dobrze, może trochę, na przykład o jednym dniu. O tym, w którym pojechałam do Warszawy, żeby spotkać Łąki Łan! Zaczęło się od tego, że facebook podstępnie skierował mnie na fanpage Postcard Sessions, na którym jak byk widniał taki konkurs , który postanowiłam wygrać. Dodać kreatywne zakończenie do wersu? Fraszka igraszka! Natychmiast piszę! Bo wiecie, fanką Łąki Łan, to ja jestem duszą i ciałem. Sesja jest jutro w Warszawie? Do ogarnięcia! Doczytuję informację, że mogę zabrać ze sobą jedną osobę. Zastanawiam się całe trzy sekundy, po czym wybieram numer Izy. Po zdawkowym: Zamierzam wygrać konkurs i zobaczyć jutro Łąki Łan na żywo, w Warszawie, więc jedziesz ze mną. Po drugiej stronie nastąpiło nie mniej zdawkowe: Ok (na Izę zawsze można liczyć!). Dzień mija, około północy dowiaduję się, że owszem, wygrałam. 
Następnego dnia, po (nie)przespanej w cudzym domu nocy, wracam do swojego domu (w autobusie spotykając ulubioną polonistkę z gimnazjum, która mnie pamięta, ha!), wychodzę z psem, odstawiam psa, pędzę na pociąg do Katowic, z którego mam się przesiąść na ten do stolicy. Oczywiście, szybko okazuje się, że jestem pipa do kwadratu, bo owy pociąg jechał i zatrzymywał się w mojej metropolii, więc wyjazd pół godziny wcześniej innym pociągiem był zupełnie od czapy. Czekam sobie na peronie, w międzyczasie, jak połowa ludzi, zmieniam go, bo zapowiadają pociąg do Wawy- wjedzie na INNY peron. Po mniej więcej 30 sekundach (czyli tyle, ile zajęło mi pokonanie schodów i spojrzenie w gablotę z rozkładem), orientuję się, że to nie mój pociąg i razem z resztą ludzi, udaję się tą samą drogą, choć w innym kierunku, na peron. 


Zapowiadają mój pociąg. Widzę kobietę z psem.... i kotem. Natychmiast odczuwam do niej sympatię, okraszoną potężną dawką zrozumienia z lekką domieszką współczucia- bo może kot jest mały i podróżując w transporterze nie robi problemów, za to pies- bynajmniej nie mikro- idzie jak czołg i próbuje ściągnąć kaganiec, dobijając łbem do ludzi. Pytam kobiety, czy potrzebuje pomocy, bo ja chętnie wezmę kota (nie na zawsze, już mi te moje dwa śmierdziele wystarczą), ona przystaje na moją propozycję. Po krótkiej wymianie uprzejmości  z mojej (Mam dwa koty i psa, i też z nimi czasem podróżuję - teraz sobie pomyślałam, że nigdy z nimi wszystkimi naraz nie jechałam, chwała Panu) i jej (On próbuje sobie ściągnąć kaganiec i przez to wyrywa się ze smyczy!) strony nastąpiło wcielanie w życie wyboru kierunku, w którym należy pójść, by dostać się do odpowiedniego przedziału (notabene, mój był trzy wagony dalej). Miałyśmy na ten temat zgoła odmienne zdanie, jednak wiecie, wolałam się nie kłócić z obcą kobietą. Miałam rację, ale najpierw po dżentelmeńsku zgodziłam się sprawdzić, czy ona się nie myli. Idąc w drugą stronę straciłyśmy kilka milisekund, co sprawiło, że kobieta zaczynała wpadać w lekki popłoch i niemal pędzić na oślep. Próbowałam jej powiedzieć, że Przecież bez nas nie pojadą (Ha, ciekawe. Niby czemu? Ja, największa panikara świata, próbuję kogoś uspokajać w kwestii podróży. Świat się kończy.), ale moje rady nie poskutkowały, i kobieta na raz dwa trzy wtryniała się do wagonu- pies przodem, staranował mężczyznę niepierwszej młodości- nie był z tego zadowolony (facet, nie pies). Tym bardziej, że pies zerwał się ze smyczy i zamiast do przodu, ze swoją panią, latał wszędzie, gdzie popadnie- na tyle, na ile pozwalał mu wąski korytarz. Zanim zdążył wybiec z pociągu, capnęłam go za zapięcie kagańca, i w ten sposób, poza swoją wypchaną torebką, miałam też psa i kota. W korytarzu zrobił się korek, ja przygarbiona, bo jednak psi łeb był dość nisko- stoję sobie i czekam, aż zrobi się przejście i będę mogła oddać przychówek właścicielce. Po prawej stronie słyszę szczęk odsuwanych drzwi i pełne niewymownego zdziwnienia: Maaaaaaaagdaaaaaa? Z przedziau wychyla się głowa mojego znajomego i zadaje (tak, głowa!) mi pytanie ironicznym głosem (całkowicie specjalnie, jestem tego pewna!): Co ty tutaj robisz? Nie do końca wiem, co odpowiedzieć, bo pociąg jeszcze stoi, więc NIE JADĘ, w głowie kotłuje mi się: Tańczę na rurze, ale istniała opcja, że by mi nie uwierzył. Wydyszam, że to nie mój pies, ani mój kot, i że jadę do Warszawy, ale to nie mój wagon, dorzucam jeszcze przez ramię- bo korek się poluzowuje, że jak oddam zwierzęta ich prawowitej właścicielce, to wrócę. Po drodze, pies mi się wyrywa, wskakuje do przedziału kolesia, którego już wcześniej prawie przewrócił, on krzyczy na mnie, żebym go wzięła na smycz (A chała! Nie mam smyczy!), jakoś udaje mi się dotrzeć do kobiety, oddaję jej zwierzęta- za co nie dziękuje mi wylewnie, ani nie obsypuje kwiatami, ale ma kolejny problem, bo w jej przedziale chyba ktoś boi się psa. Odchodzę stamtąd, udaję się do znajomego, który z szerokim uśmiechem na twarzy i gestem otwarcia ramion zaprasza mnie do środka (ludzi pełen komplet). Umawiamy się, że dam znać, ile ludzi jest w moim przedziale, bo może uda nam się podróżować razem (w trójkę, bo on wcześniej spotkał kolegę). Idę. Wracam, bo okazało się, że poszłam w złym kierunku. Po drodzę wprowadzam jakąś kobietę w błąd, mówiąc jej że wagon pierwszej klasy to ten za nami (a właśnie w nim stałyśmy). Docieram na miejsce, dzwonię do Pawła, zdając relację na temat ilości wolnych miejsc. Oni idą do mnie. Po chwili oddzwaniają- znaleźli cały wolny przedział, więc ja też się przesiadam. Rozmawiamy, kulturalnie, o różnych rzeczach, pracach, szkołach, obozach- porównujemy te nasze, harcerskie, z tymi młodzieżowymi zagranicznymi, które są teraz (na którym ja byłam jako wychowawca, a o których wszyscy wszystko wiedzą, bo przecież czytali artykuł w Newsweeku). Sypiemy żartami i wspomnieniami jak z rękawa, pojawia się, oczywiście, temat przewodni, czyli Jak Magda skakała w Marianówce po łóżku, i uderzyła głową w sufit, że aż usiadła i zaniemówiła. Okazuje się, że moja krzywda bawi nawet po 11 latach. Nie mija 40 minut, gdy do drzwi dobijają się ludzie, twierdząc, że mają ten przedział zarezerwowany. Cały. Przechodzimy do mojego przedziału, tam już tłoczniej, więc chłopaki idą szukać czego innego, ja w tym czasie przesadzam wnuka jakiejś babci, który zajmuje moje miejsce, po czym próbuję usiąść. Nie zdążyłam dotknąć pośladkami fotela, gdy Paweł wychyla się przez drzwi i mówi, że znaleźli przedział, gdzie jest luźniej. Głupio mi, i nie patrzę ludziom w oczy, przesiadam się. Tam kontynuujemy small talk na tematy moich upadków na głowę, co bardzo bawi faceta siedzącego obok, postanawiam więc milczeć. Dalsza podróż mija bez większych przygód. Potem, spotykam mojego lubelskiego promyczka na hali głównej, rozmawiamy i śmiejemy się tak (okej, ja się TAK śmieję), że ludzie patrzą na nas z nieukrywaną nienawiścią. Ruszamy na spotkanie z Postcard Session i Łąki Łan- Iza bezbłędnie prowadzi mnie do celu (jak owca na rzeź poddaję się temu, bez szemrania). Pierwszy raz się nie gubimy, pierwszy raz docieram gdzieś do Warszawy bez większych problemów... Gdybym tylko wiedziała....

Ciąg dalszy nastąpi!


wtorek, 26 sierpnia 2014

Odarta

autor zdjęcia: Lizzy Gadd


Kocham czytać książki, które zapierają mi dech w piersi. Uwielbiam czuć się jak na haju bez żadnych nielegalnych używek. I unosić się nad ziemią WYSOKO TAK. Odczuwam nieziemską przyjemność, gdy jadę samochodem z kimś (dla mnie) ważnym i razem śpiewamy piosenki, głośno, raz po raz nie trafiając w prawidłowy dźwięk. Aż do zdartego gardła. Lubię wiosnę. I lody czekoladowe. Całować się deszczu... i w słońcu całować też się lubię, i w sztucznym świetle, i bez światła całkiem. Lubię śmiać się głośno i wygłupiać, nawet jeśli ludzie patrzą. Podobno nie akceptują tego we Francji. Będę musiała się ZACHOWYWAĆ, jeśli w końcu tam pojadę- a chcę. Podoba mi się nauka obcych języków. Marzy mi się stara maszyna do pisania, droga sukienka z Risk made in Warsaw, czerwone szpilki i podróże- małe i duże. Pociągają mnie konkretni faceci. Imponują ludzie, którzy uparcie dążą do celu. Ubóstwiam filmy, których forma i treść jest równie dobra. I takie, na których płaczę. Kiedyś niecierpliwie wyczekiwałam dnia własnych urodzin, teraz podchodzę do 2. grudnia z większą rezerwą. Doceniam wysiłek innych osób. Jestem hedonistką. Cenię sobie chwile sam na sam... ze sobą, dobrze się bawię we własnym towarzystwie. Znoszę sałatę rzymską, a pekińską kapustę bardziej lubiłam kiedyś. Nie przepadam za kawą parzoną, ani rozpuszczalną, jeśli już muszę wypić, to taką z ekspresu, z dużo ilością mleka. Albo mrożoną. A najlepiej to herbatę, zieloną jeśli można prosić. Pomidory toleruję tylko w przerobionej formie- nie jem surowych na kanapkach i w sałatkach. Potrzebuję bliskości, rozmów i stabilizacji finansowej. Preferuję książki papierowe od tych elektronicznych. Czasem pozwalam sobie na robienie głupot i błędów, częściej na spontaniczność. Ale zwykle wolę kontrolę. Często chodzę boso. Podobają mi się tatuaże, najbardziej te cudze, widziane na przerobionych zdjęciach w internecie. Szanuję cudze wartości, zdanie, przekonania, pod warunkiem, że nie są mi one na siłę wlewane do głowy i gardła. Nie przeszkadza mi, gdy ktoś częstuje mnie muzyką, za to gdy ktoś przy mnie pali, przeszkadza mi równie mocno, jak zagięta firanka. Jestem w rozterce, bo źle się czuję w bałaganie, ale często nie chce mi się sprzątać. Obojętne są mi osoby, które kiedyś były mi bliskie, ale coś się spieprzyło. Miewam załamania nerwowe, ataki paniki i furii, a nawet migreny. Nie lubię płytkich scenariuszy, ani płaskich: uczuć, tyłków, telewizorów. Nie znoszę pogody takiej jak dziś. Sierpień jest, do cholery. Lato, lato, dwa dni upału, dup- październik pod koniec wakacji. Nie cierpię jajek, oliwek, kaparów i kożucha na mleku, oraz... mleka pod kożuchem. Ani smaku niesmakowej wódki. Przeraża mnie ludzka głupota. Boli mnie stosunek wielu ludzi do zwierząt, i fakt, że zwierzęta cierpią przez ludzi. Nie trawię marudzenia i pierdolenia od rzeczy- dla samej jałowej dyskusji o niczym i kontrargumentowania rzeczy oczywistych. Nienawidzę nietolerancji na tle rasowym, wyznaniowym, orientacyjnym i każdym innych. Równie mocno, jak żartów o Żydach. Wkurwia mnie, gdy ktoś wtrąca się w moje życie. Boję się kur, i tego że będzie wojna. 

 A życie? Życie kocham ponad życie. 




czwartek, 21 sierpnia 2014

Co masz zrobić jutro....





a źródło: http://www.senmai.pl/2014/08/wyzwanie-blogowe-sierpien-5-dni-do-lepszego-bloga/

Znacie Ulę Phelep? Na pewno! Jest niesamowita, kreatywna, ma pasję i niezwykły dar do zarażania tym wszystkim innych ludzi. Jej posty i newsletter dają mi kopa i motywację do tworzenia różnych rzeczy- również związanych z blogiem. Ula po raz kolejny zorganizowała wyzwanie, które ja po raz kolejny przegapiłam. Tym razem mam usprawiedliwienie- była u mnie Iza. A wiecie, że jak jest Iza, to... Powiem Wam tylko, że jak zwykle było fantastycznie, ale tym razem- na szczęście- nie ucierpiały żadne kolana i oczy, a i kaca nawet specjalnie nie było. Za to okazało się, że po poprzednim razie NIEKTÓRZY mają na kolanie blizny... Ale o tym cicho-sza (bo podobno to hańba, upadek moralny, i historia nie do opowiadania!). O czym to ja... Ach, tak, wyzwanie! No, przegapiłam, no. Ale! Mogę przecież umieścić tu niektóre posty z wyzwania. Skoro i tak niedawno uporządkowałam kolumnę (zauważyliście zmiany? Moje zdjęcie- po kliknięciu na nie wyświetla się strona o mnie, przyciski do facebooka i instagramu- taa... założyłam insta- właściwie to prywatny, a nie blogowy, ale dużej różnicy nie ma :P, i takie tam różne inne). Tak więc dzisiaj wrzucam Wam listę do zrobienia do końca tego miesiąca. TADAM:




Pierwszy punkt to nauka francuskiego. Nie wiem, czy wiecie, ale ja uwielbiam uczyć się języków obcych (strasznie chce mi się śmiać, jak to piszę :D), serio! Francuskiego uczyłam się w liceum, a potem zaniechałam, zapomniałam i pożałowałam, więc uczę się znowu. Cały czas to odkładałam, bo a to czasu, a to kasy na kursy nie było, ale ostatnio wysłałam cv do firmy, gdzie mogłabym dostać dream job i tam jest wymagany francuski, także tego... Nie wiem, po co im ten francuski, i prawdę mówiąc już chyba się nie odezwą, aleee.... Ale ja się uczę ;). Na razie sama, całkiem nieźle mi idzie. Potem może kurs, albo native speaker i będę parlowac jak rodowita Paryżanka :P!.

Po drugie... w moim "salonie" stoi kredens. Stary. Przywieziony, bo ktoś go chciał oddać. Piękny, bardzo zniszczony. Do odnowienia. Stoi. Od dwóch tygodni. Jak się za niego nikt nie zabierze, to... będzie stał do przyszłej wiosny. Nie będę nawet Wam mówiła, co jeszcze stoi (odłogiem) w tym mieszkaniu, bo mi się słabo robi.

Trzecia rzecz, to ogarnięcie mojego życia zawodowego. Zarówno firmy, jak i etatu, który znów muszę podjąć, bo z samą firmą nie utrzymam tylu zwierząt i kredensu. Wymyśliłam nawet, co jeszcze mogłabym robić po tych moich studiach. Ale na razie Wam nie powiem ;).


Dwa kolejne posty napiszę. I w ogóle może będę pisała częściej.

Kiedyś robiłam specjalne wcierki, nakładałam je na łeb i z zapachem ziół kładłam się spać. A teraz zapominam kupić odżywki, po której łatwiej mi rozczesać kołtuny. Hańba mi.

Ostatnie? Nawet nie pytajcie....

Mogłabym napisać też  bardziej przyziemne rzeczy w stylu Wyprać sobie majtki, żeby nie chodzić z gołą dupą. Albo wymienić jeszcze to, czego mam NIE robic do konca tego miesiąca- na przykład nie siedzieć pół dnia w szlafroku, nie wziąć ze schroniska mikropsa, albo ślepego kotka, nie kupić szczura w zoologicznym. Ale wiecie- jeszcze stwierdzę, że we wrześniu te zasady nie obowiązują i dopiero sobie narobię... A jakie są Wasze mniejsze i większe postanowienia?








piątek, 8 sierpnia 2014

Kocham... folklor!


Uwielbiam folklor! Zarówno przaśną muzykę ludową jak i ten nowoczesny, z domieszką innych stylów. Kocham folkowe wzory: na ubraniach, kartkach pocztowych, naczyniach, meblach. Od tych dzisiejszych, drukowanych, wolę prawdziwe, ręcznie malowane na starej porcelanie wzory- kaszubskie, łowieckie... Zakochana jestem z Zespole Pieśni i Tańca Mazowsze, choć nigdy nie byłam na ich koncercie. Niedawno byłam za to na Wiankach- w płockim amfiteatrze. Wydarzenie to zorganizowano z okazji Nocy Kupały (tak wiem, mam refleks). Wystąpiły trzy zespoły pieśni i tańca ludowego- dwa rodzime: Dzieci Płocka i Wisła oraz jeden z Białorusi, Radost, który urzekł mnie wszystkim, począwszy od urody dziewcząt, poprzez przepiękne stroje, niesamowite choreografie i scenariusze, na saltach chłopaków skończywszy. W nazwie mieli słowo amatorski, co patrząc na ich popisy zakrawało o ironię ;). 

 Zespół Pieśni i Tańca Wisła, polonez.

 Radost

 Lewitujący radośni chłopcy z Białorusi ;).

Tutaj też fruwają ;)... 

I tu...

Wygląda jak zapowiedź męskiego striptizu, ale (niestety?) męska (i damska również) część zespołu Radost pozostała w strojach- tutaj marynarzy. 

Finał

Cudnie było! Patrzyłam jak urzeczona na scenę, by potem, razem ze wszystkimi udać się nad Wisłę i podziwiać, jak odpływają wianki, rzucone przez dziewczęta. Wianki... nie odpływały. Wisła postanowiła zrobić żart, a mnie pod nosem czaiło się głupkowate Ojej, nie wyjdziecie za mąż! Sądzę, że i bez wianków (ależ mi się dwuznaczność udała :P) takie utalentowane i przepiękne dziewczyny trafią na swoją drugą połówkę. A ja mogę tylko zazdrościć, że kiedy byłam młodsza nie zostałam zapisana do takiego zespołu. Tyyyyle podróży po świecie mnie ominęło, tyle występów, tyle pięknych strojów i warkoczy, i czerwonych ust! Pamiętam, że gdy jako dziecko spędzałam kolejne wakacje u babci (w Płocku), jej koleżanka rozpływała się nad moją urodą, mówiąc Ty jesteś taka śliczna, wyglądasz jak dziewczyna z Mazowsza! Ja, nieświadome, nieukulturalnione dziecko: Bo ja się TU urodziłam!


Nasze piękne Słowianki ze wszystkich trzech zespołów.

Piękne niepłynące wianki

 Widok na drugi brzeg o zmierzchu. Na wodzie wianki, które na środek Wisły dostarczono łodzią.


  A skoro już mówimy o SZEROKO pojętym folklorze, słyszeliście Same suki? Mnie oczarowały ;).









środa, 6 sierpnia 2014

Tanie podróżowanie


Jestem szalona, mówię Ci! Jestem, jestem, ale nie do tego stopnia, żeby na przykład wsiąść do pociągu byle jakiego, albo stopem przemierzyć cały świat bez grosza przy duszy. Nie. To zaburza moją konieczność kontrolowania wszystkiego i opracowywania planu. Ale, ale, przecież nie jestem osobą, która nie wyściubi nosa poza próg własnego domu. Nie jestem też (niestety!) bogata, więc na coroczne wczasy all inclusive mnie nie stać. A jednak, trochę podróżuję. I z prawie każdej podróży przywożę sobie... magniesik na lodówkę :D. Taka moja mała fiksacja. Wyszukuję najładniejsze, takie które nie przypominają pozostałych. Niedługo przestaną mi się mieścić na lodówce- ale to znak, że zwiedziłam już całkiem sporo miast. Poza magnesami, z każdego wyjazdu przywożę setki zdjęć zapisanych na karcie pamieci mojego aparatu. Nie wyobrażam sobie nie fotografować podczas wyjazdu. Co dziwne, zdjęcia widoczków zajmują niewielki procent wszystkich fotografii. Najwięcej jest ludzi, a potem: dziwnych sytuacji/ niespotykanych rozwiązań, kotów (cóż...) i interesujących- dla mnie- pod względem architektonicznym budynków.
Jakiś czas temu zaczęłam się interesować możliwościami taniego zwiedzania Polski, Europy, świata. I powiem Wam, że jest ich całkiem sporo. Niektóre znałam już dawno, część dopiero odkrywam. Pomyślałam, że mogę podzielić się wiedzą, doświadczeniami, wrażeniami, i stworzę nowy dział na blogu; taki, w którym opowiem o sposobach na tanie podróżowanie. Zaczynając od promocyjnych przejazdów pkp (są takie, serio!), poprzez couchsurfing, na opiece na obozach młodzieżowych kończąc. Sporo tego, warto więc zacząć nowy cykl, co niniejszym ogłaszam!
Ps. Ciekawa jestem, jakie są Wasze ulubione sposoby spędzania urlopu. Wakacje pod namiotem, czy w hotelu czterogwiazdkowym? Góry, morze? Dwudziestogodzinna podróż autokarem, czy szybki przelot samolotem?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...