czwartek, 18 grudnia 2014

Podróż do Warszawy- w końcu część II.



zabytkowa kamienica, 1914

Myślałam, że już nie zasiądę do komputera! A to hiszpański, a to pranie, a to kocie rzygi, i jeszcze mega-ważne rozmowy na facebooku. Siadłam, piszę. Siądźcie, czytajcie.
balkon, nieznana Warszawa, postcard session, Chodakowskiej 22
 


 
Dawno, dawno temu (27.08. b.r.) pojechałam na sesję nagraniową Łąki Łan. Jak się tam znalazłam, dlaczego, i po co, pisałam już wcześniej. Skończyłam na tym, że śmiałyśmy się z Izą bardzo głośno (nawet pamiętam, z czego!), a potem bez problemu dotarłyśmy na miejsce. Tym miejscem była zabytkowa kamienica przy ulicy Chodakowskiej 22. Naszym oczom ukazały się stare mury i komunikat "Budynek grozi zawaleniem". Troszkę się przestraszyłyśmy, że może jednak pomyliłyśmy miejsca (jak zwykle), ale zaraz zauważyłyśmy łąkowy wóz, a po chwili chłopaka (Bartek!) zmierzającego w naszą stronę - chyba jakiś jasnowidz, bo od razu wiedział, że ja jestem Magda (wcale nie wiedział, że tam będziemy i nie widział mojego zdjęcia na facebooku). Zaprowadził nas do środka, przedstawił ekipie i oprowadził po kamienicy. Budynek powstał w 1914 roku i należał do Leona Doyleya. Miał kilka pięter, wąską i ciemną klatkę schodową, mnóstwo zakamarków, i zapewne niejdno tajemne przejście, co mocno działało na wyobraźnię.
 
 
 Okazało się też, że w jednej części urzędują szaleni fizycy, którzy nic a nic nie robili sobie z faktu, że już za moment staną się mimowolnymi świadkami TAKIEGO wydarzenia.  Pomysłodawca i głównodowodzący w Postcard Session (Piotrek!) zaprowadził nas na saaaamą górę, skąd roztaczał się widok na zapłakaną deszczem stolicę. Usiadłyśmy na tarasie, czekając aż wszyscy będą gotowi, deszcz padał, a ja miałam wrażenie, że zaraz usnę- na szczęście obecność przyfruwających co jakiś czas owadów- Bonków i Motyli sprawiała, że wydobywałam z siebie ostatnie zapasy energii. Czas płynął leniwie, z dołu dochodziły różne dziwne dźwięki, aż w końcu padło "zaczynamy!" i mogłyśmy zejść na dół, i w całej okazałości zobaczyć- od lewej (będę odmieniała pseudonimy, jak każde szanujące się polskie nazwisko!): Ponia Kolnego, Mega Motyla, Jeżusa Mariana, Zająca Cokictokloca, Niesfornego Bonka i Paprodziada. Jeśli dziwią Was te nazwy, to znak, że natychmiast musicie poznać Łąki Łan. Wtedy nic już Was nie zdziwi. Co tu dużo mówić... Było fantastycznie! Na koncertach można zobaczyć Owady i Ssaki w strojach odświętnych. Tym razem ubrali się dość zwyczajnie. Za to muzyka... Ich muzyka nie jest zwyczajna. Jest zwyczajnie niezwykła. Kto załączony, ten wie. Było dużo prób, podczas których bujałam odwłok i śpiewałam razem z Izą, i nagrania niepróbne, podczas których bałam się poruszyć i oddychać, żeby nie popsuć atmosfery, albo... czegokolwiek. Mogłam się bezwstydnie gapić na emocje malujące się na twarzach ŁŁ (ale mi teraz wszystkie laski, wywrzaskujące na koncertach "Zaaaaająąąąąc" zazdroszczą! Och, nie, ja przecież wcale się tak ostatnio na ich koncercie w Katowicach nie darłam, z tym swoim różowym kwietnym wiankiem na głowie :P...) - a chłopaki z Postcard Session uchwycili to doskonale. Widać jak Poń, Bonk i Zając- czyli Jarek, Michał i Bartek przeżywają to, co grają i Jeżusa - czyli Marka- grającego jak w transie na cymbałkach (Iza była nim urzeczona, obie stwierdziłyśmy, że to niemożliwe tak grać, wcale się nie myląc). W filmie widać też magię, czuć tę atmosferę (mnie też trochę widać- jak nie oddycham). Nawet kot dołączył- przyszedł sam z siebie, posłuchał jak brzmią Pompeje, i wrócił do swoich kocich spraw (oczywiście, że później próbowałam go złapać i zagłaskać :P). Nie widać tego, że mają absurdalne poczucie humoru, ale żeby tego doświadczyć, wystarczy posłuchać ich muzyki :). Było świetnie, wcale nie chciałam wracać do domu- a przynajmniej nie bez zdjęcia z Łąki Łanem- takie okazje się nie zdarzają często. Mam dowód, mam, patrzcie!

Łąki Łan akustycznie, Postcard Session mega motyl Poń Kolny Paprodziad Jeżus Marian Zając Cokictokloc Niesforny Bonk
 Fajni są, co? Wszyscy, co do jednego czułka i pazurka.
 
Do domu wracać nie chciałam, ale jednak trzeba było. I tu zaczęły się schody. Kto mnie zna (albo czyta), ten wie, że zgubić się (nawet we własnym mieście), to dla mnie nie problem. A Warszawa to zawsze ma dla mnie nowe niespodzianki. Ktoś z ekipy PS ustalił, że szybciej będzie, jeśli pojadę na dworzec wschodni (albo zachodni? nie pamiętam...). Pojęcia nie miałam, gdzie jest przystanek, więc Bartek zaproponował, że mnie zaprowadzi. Iza pojechała swoim tramwajem na dworzec centralny (bo ona z Lublina, pamiętacie). Byliśmy w połowie drogi, gdy zza zakrętu wyjechał autobus i zaczął zataczać się w stronę przystanku. -To twój!- krzyknął Bartek i jak prawdziwy gentleman pobiegł zatrzymywać pojazd, żebym zdążyła do niego wsiąść. A że biegam całkiem nieźle, w te pędy ruszyłam za nim i po kilkunastu sekundach byłam w suchym autobusie, próbując jednocześnie skasować bilet i odebrać dzwoniący telefon. Usiadłam. Siedzę. I myślę. Bo ja dużo myślę. Po jakimś czasie orientuję się, że nie wiem, ile się jedzie na dworzec, i gdzie właściwie mam wysiąść. Spoglądam na elektroniczną tablicę pokazującą trasę autobusu. Dworzec wschodni (zachodni?!) pozostał w szarej strefie. Serce podchodzi mi do gardła... Czy ja już zdążyłam go przegapić? Że przystanek już BYŁ upewnia mnie szara strefa, wędrująca w kierunku przeciwnym niż przystanek. Świetnie. Pytam jakiejś kobiety, okazuje się, że... wsiadłam do dobrego autobusu, ale w złą stronę. Jakie to... typowe. Wysiadam. Deszcz leje. Chyba nawet mam parasolkę, która, niestety, nie chroni mojej mega długiej spódnicy przed nasiąkaniem (o tym, że baldresówa nie jest wodoodporna też już Wam wspominałam). Kręcę się w kółko, docieram do przystanku, w międzyczasie kontaktuję się z Bartkiem (głupio mu było, i dobrze :P), i mówię, że jestem w czarnej dupie, i nie wiem, jak się z niej wydostać. Boże, ile tu już tekstu... W skrócie Wam napiszę, że wsiadłam do tramwaju, który miał mnie zawieźć na centralny, a zawiózł przystanek dalej, bo kończył trasę. Potem było tylko gorzej, bo spódnica z jasnoszarego stała się grafitowa (od wody), a w butach miałam jezioro, i wiadomo było, że nie mam szans zdążyć na pociąg do Katowic. Koniec końców był taki, że wylądowałam w Pawilonach na piwie w doborowym towarzystwie ekipy z Postcard Session. W domu byłam następnego dnia o 8 rano. Noc spędziłam w pociągu do Krakowa, prawie nie śpiąc (to była czwarta nieprzespana noc pod rząd)- z resztek snu wyleczył mnie facet, który, gdy zasypiałam, dotykał moich kolan. Najpierw myślałam, że podoba mu się spódnica. Ale, gdy powiedział, że mogę sobie położyć nogi na nim, żeby było mi wygodniej, zwątpiłam... Cóż, to całkiem inna historia ;)... I tak było warto! To teraz KLIP! Obejrzyjcie koniecznie ten i inne dzieła, bo chłopaki tworzą małe arcydzieła! Dzięki nim odkryłam nowe muzyczne fascynacje- o tym też kiedy indziej ;)... A ja jeszcze raz DZIĘKUJĘ, że mogłam tam być i przeżywać :).

 




piątek, 5 września 2014

Obóz młodzieżowy, czyli Czarnogóra za grosze.


Wyspa św. Stefana

Miało być o podróżowaniu, do tego TANIM, więc dziś zahaczę o ten temat. Jakiś czas temu wpadłyśmy z Martyną na pomysł, by pojechać na obóz młodzieżowy. Młodzież z nas nadal znakomita, zakonserwowane jesteśmy doskonale, jednak tym razem postanowiłyśmy jechać jako kadra. Dość szybko znalazłyśmy biuro, które miało zapewnić nam kontrolowaną rozrywkę podczas wakacji. Pominę, że równie szybko okazało się, że nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak słabą organizacją w tak dużej firmie. Przejdźmy do meritum- dostajemy informację, że jedziemy do Czarnogóry, jupi! Im bliżej wyjazdu, tym mniej chciałyśmy jechać i tym więcej miałyśmy wątpliwości. Cóż, nie stać mnie na płacenie alimentów, w razie gdyby któraś z dziewcząt postanowiła zostać nastoletnią mamą i na miejsce poczęcia wybrałaby sobie akurat Sutomore. Takie i inne rozterki miałyśmy. Okazuje się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują! Trafiła nam się niewielka grupa, do tego w większości składająca się z mądrych, błyskotliwych dzieciaków (MŁODZIEŻY!) w wieku 14-18 lat. I powiem Wam szczerze, że odpoczęłam. Nie sprawiali zbyt dużo problemów, nie było żadnych sytuacji, przez które mogłybyśmy się za nich wstydzić (aż tak). Złota młodzież, nie ma co ;). Tak więc, jeśli pracujecie w oświacie/ jesteście studentami i macie wakacje, albo Wasza praca pozwala nam na dwutygodniowy wyjazd, to polecam ;). Oczywiście, to nie jest sielanka. Przez cały czas trzeba pamiętać, że nie jest się na wakacjach, tylko w pracy, i nawet na plaży nie można do końca się zrelaksować, bo pilnuje się, czy nikt nie się spala żywcem, nie dostaje udaru, albo nie podtapia. Papiery przed i w trakcie, wypełnianie dzienniczków, dbanie o bezpieczeństwo, zapewnianie różnorodnych rozrywek, plan B na wypadek niepogody, pogadanki na temat łamania regulaminu, wyciąganie chłopaków spod łóżek (grunt, że nie z!) dziewcząt, próba wyśrodkowania między byciem heterą a kumpelą, i dużo innych atrakcji. To jest pikuś. Tak jak mówię, nam się trafiła niewielka, fajna grupa. Na obozach, gdzie jest 40- kilka osób, może już nie być tak łatwo. Nigdy nie przewidzi się, jaka młodzież pojedzie, co im strzeli do głowy, ani co niespodziewanego może się stać. Ale ja bym, mimo wszystko, pojechała znowu ;). Co trzeba zrobić? 

Obstawa. To najmniejsze w krótkich spodenkach, to ja.

1. Zrób kurs wychowawcy kolonijnego.
W każdym mieście są ośrodki, które się tym zajmują. Ja swój kurs zrobiłam 4 lata temu, i nie pamiętam, ile kosztował, ale chyba ok 200 zł. Zajęcia odbywały się w weekendy, albo po południu- też nie jestem pewna. Ale trochę godzin tam było. Na końcu egzamin, który trzeba zdać, by dostać zaświadczenie.
2. Poszukaj biura, które zajmuje się organizacją obozów młodzieżowych
Popytaj wśród znajomych- ja właśnie tak trafiłam na "nasze" biuro. Poczytaj opinie, dowiedz się, ile, i kiedy płacą za obóz, oraz w jakiej formie (przelew, czy do ręki, itp), oraz jakich dokumentów potrzebujesz. Jeśli Ci odpowiada- zostaw im swoje cv i kopię zaświadczenia o ukończeniu kursu. Jeśli to duże biuro, prawdopodobnie potrzebują nowych osób.
3. Sprawdź ważność paszportu- być może będziesz go potrzebował(a). 
Do większości państw- również spoza UE- można wjechać na samym dowodzie, jeśli wyjazd nie przekracza 30 dni (w tym również do Czarnogóry). Dokładny wykaz państw znajdziesz w internecie. 
4. Zdobądź potrzebne dokumenty- przede wszystkim zaświadczenie o niekaralności. Należy się po nie zgłosić do Sądu Okręgowego, dokładnie do biura informacji KRK. Najpierw należy wypisać zaświadczenie i w kasie uiścić opłatę. W punkcie okazać papierek i dowód osobisty, i jeśli nie jesteśmy zbrodniarzami, pani podbije nam pieczątkę i podpisze zaświadczenie w odpowiednim miejscu.
5. Ubezpiecz się
Wśród wychowawców krąży urban legend o ubezpieczeniu na wypadek ciąży (nie swojej, rzecz jasna). Na dobrą sprawę, tak szczegółowego ubezpieczenia (raczej) nie ma. Jest bardzo ogólne, pod które może łapać się wszystko i nic. Ale mimo wszystko, zaleca się wykupić ubezpieczenie- niektóre biura podróży wręcz tego wymagają. Warto poszukać firmy, która ubezpieczy nas na konkretny czas- na dwa tygodnie wyjazdu, a nie na przykład na miesiąc, bo tyle trwa najkrótszy okres ubezpieczenia w ich firmie.
6. Idź do swojego operatora telefonicznego i spytaj o roaming, dokładne ceny i możliwości. Może wykup osobny starter. To dobra rada, wiem, co mówię.
7. Pozyskaj niezbędne informacje o państwie, mieście, ośrodku, okolicy. Sprawdź, jaką ma walutę, obowiązujący język, przykładowe ceny, atrakcje (plaże, dyskoteki i sklepy!). Wujek Google chętnie ci pomoże.
8. Wymień pieniądze. Możesz zrobić to już wcześniej, jeśli akurat kurs jest sprzyjający.
9. Spakuj się- nie zapominając o dobrym nastawieniu i dużej dawce cierpliwości.

Standardowa wypłata za dwutygodniowe obozy to ok 500 zł. Nie oszukujmy się jednak, że na tym zarobimy. Owszem, mamy jedzenie, nie płacimy za nocleg, ale jednak czasem chcemy spróbować tradycyjnych potraw (np bardzo tradycyjnej pizzy z "pekary"), kupić pamiątki, wysłać kartki (szczególnie, jeśli nie możemy znaleźć poczty). Na takich wyjazdach musimy liczyć się z tym, że jedzenie nie zawsze musi nam odpowiadać i że nie dostaniemy nieograniczonej ilości wody do picia, a jednak jest upał. Tak więc...

Ile to wszystko (w przybliżeniu) kosztuje?!


kurs wychowacy kolonijnego:              100-200 zł
zaświadczenie o niekaralności:            32 zł
ubezpieczenie od różności:                 35-50 zł
rachunek telefoniczny (dodatkowo):   100- 200 zł 
kasa na drobne wydatki:                     300-500 zł
                                                         ok 500-900 zł

Teraz trzeba sobie podliczyć, że jeśli za wyjazd zapłacą nam 500 zł, to w najlepszym wypadku mamy wakacje za darmo, w najgorszym, i tak zmieścimy się w kilku stówkach. Warto pamiętać, że koszt kursu to jednorazowy wydatek, więc przy każdym kolejnym wyjeździe już się nie liczy.

Nagrody w konkursie na najlepszy strój podczas pokazu mody (papier toaletowy był w tym pensjonacie na wagę złota!)


To tyle w temacie pierwszego sposobu na tanie podróżowanie. O samej Czarnogórze, o tym, czym mnie zachwyciła i przeraziła, opowiem w osobnym poście.


czwartek, 4 września 2014

Podróż do Warszawy, część I.

Gdybym opowiedziała Wam o swoim poprzednim tygodniu, padlibyśmy trupem. Istnieje również szansa, że to JA padłabym trupem, do tego na pewno z cudzej ręki (co najmniej jednej). Gdybym miał gitarę, to bym na niej grał. Ale ponieważ, na co dzień nie stosuję rodzaju męskiego w wypowiedziach własnych, a gitarę siłą mi odebrano dawno dawno temu (a imię na niej widniało: Jezus - poważnie!), nie opowiem Wam o moim tygodniu. No dobrze, może trochę, na przykład o jednym dniu. O tym, w którym pojechałam do Warszawy, żeby spotkać Łąki Łan! Zaczęło się od tego, że facebook podstępnie skierował mnie na fanpage Postcard Sessions, na którym jak byk widniał taki konkurs , który postanowiłam wygrać. Dodać kreatywne zakończenie do wersu? Fraszka igraszka! Natychmiast piszę! Bo wiecie, fanką Łąki Łan, to ja jestem duszą i ciałem. Sesja jest jutro w Warszawie? Do ogarnięcia! Doczytuję informację, że mogę zabrać ze sobą jedną osobę. Zastanawiam się całe trzy sekundy, po czym wybieram numer Izy. Po zdawkowym: Zamierzam wygrać konkurs i zobaczyć jutro Łąki Łan na żywo, w Warszawie, więc jedziesz ze mną. Po drugiej stronie nastąpiło nie mniej zdawkowe: Ok (na Izę zawsze można liczyć!). Dzień mija, około północy dowiaduję się, że owszem, wygrałam. 
Następnego dnia, po (nie)przespanej w cudzym domu nocy, wracam do swojego domu (w autobusie spotykając ulubioną polonistkę z gimnazjum, która mnie pamięta, ha!), wychodzę z psem, odstawiam psa, pędzę na pociąg do Katowic, z którego mam się przesiąść na ten do stolicy. Oczywiście, szybko okazuje się, że jestem pipa do kwadratu, bo owy pociąg jechał i zatrzymywał się w mojej metropolii, więc wyjazd pół godziny wcześniej innym pociągiem był zupełnie od czapy. Czekam sobie na peronie, w międzyczasie, jak połowa ludzi, zmieniam go, bo zapowiadają pociąg do Wawy- wjedzie na INNY peron. Po mniej więcej 30 sekundach (czyli tyle, ile zajęło mi pokonanie schodów i spojrzenie w gablotę z rozkładem), orientuję się, że to nie mój pociąg i razem z resztą ludzi, udaję się tą samą drogą, choć w innym kierunku, na peron. 


Zapowiadają mój pociąg. Widzę kobietę z psem.... i kotem. Natychmiast odczuwam do niej sympatię, okraszoną potężną dawką zrozumienia z lekką domieszką współczucia- bo może kot jest mały i podróżując w transporterze nie robi problemów, za to pies- bynajmniej nie mikro- idzie jak czołg i próbuje ściągnąć kaganiec, dobijając łbem do ludzi. Pytam kobiety, czy potrzebuje pomocy, bo ja chętnie wezmę kota (nie na zawsze, już mi te moje dwa śmierdziele wystarczą), ona przystaje na moją propozycję. Po krótkiej wymianie uprzejmości  z mojej (Mam dwa koty i psa, i też z nimi czasem podróżuję - teraz sobie pomyślałam, że nigdy z nimi wszystkimi naraz nie jechałam, chwała Panu) i jej (On próbuje sobie ściągnąć kaganiec i przez to wyrywa się ze smyczy!) strony nastąpiło wcielanie w życie wyboru kierunku, w którym należy pójść, by dostać się do odpowiedniego przedziału (notabene, mój był trzy wagony dalej). Miałyśmy na ten temat zgoła odmienne zdanie, jednak wiecie, wolałam się nie kłócić z obcą kobietą. Miałam rację, ale najpierw po dżentelmeńsku zgodziłam się sprawdzić, czy ona się nie myli. Idąc w drugą stronę straciłyśmy kilka milisekund, co sprawiło, że kobieta zaczynała wpadać w lekki popłoch i niemal pędzić na oślep. Próbowałam jej powiedzieć, że Przecież bez nas nie pojadą (Ha, ciekawe. Niby czemu? Ja, największa panikara świata, próbuję kogoś uspokajać w kwestii podróży. Świat się kończy.), ale moje rady nie poskutkowały, i kobieta na raz dwa trzy wtryniała się do wagonu- pies przodem, staranował mężczyznę niepierwszej młodości- nie był z tego zadowolony (facet, nie pies). Tym bardziej, że pies zerwał się ze smyczy i zamiast do przodu, ze swoją panią, latał wszędzie, gdzie popadnie- na tyle, na ile pozwalał mu wąski korytarz. Zanim zdążył wybiec z pociągu, capnęłam go za zapięcie kagańca, i w ten sposób, poza swoją wypchaną torebką, miałam też psa i kota. W korytarzu zrobił się korek, ja przygarbiona, bo jednak psi łeb był dość nisko- stoję sobie i czekam, aż zrobi się przejście i będę mogła oddać przychówek właścicielce. Po prawej stronie słyszę szczęk odsuwanych drzwi i pełne niewymownego zdziwnienia: Maaaaaaaagdaaaaaa? Z przedziau wychyla się głowa mojego znajomego i zadaje (tak, głowa!) mi pytanie ironicznym głosem (całkowicie specjalnie, jestem tego pewna!): Co ty tutaj robisz? Nie do końca wiem, co odpowiedzieć, bo pociąg jeszcze stoi, więc NIE JADĘ, w głowie kotłuje mi się: Tańczę na rurze, ale istniała opcja, że by mi nie uwierzył. Wydyszam, że to nie mój pies, ani mój kot, i że jadę do Warszawy, ale to nie mój wagon, dorzucam jeszcze przez ramię- bo korek się poluzowuje, że jak oddam zwierzęta ich prawowitej właścicielce, to wrócę. Po drodze, pies mi się wyrywa, wskakuje do przedziału kolesia, którego już wcześniej prawie przewrócił, on krzyczy na mnie, żebym go wzięła na smycz (A chała! Nie mam smyczy!), jakoś udaje mi się dotrzeć do kobiety, oddaję jej zwierzęta- za co nie dziękuje mi wylewnie, ani nie obsypuje kwiatami, ale ma kolejny problem, bo w jej przedziale chyba ktoś boi się psa. Odchodzę stamtąd, udaję się do znajomego, który z szerokim uśmiechem na twarzy i gestem otwarcia ramion zaprasza mnie do środka (ludzi pełen komplet). Umawiamy się, że dam znać, ile ludzi jest w moim przedziale, bo może uda nam się podróżować razem (w trójkę, bo on wcześniej spotkał kolegę). Idę. Wracam, bo okazało się, że poszłam w złym kierunku. Po drodzę wprowadzam jakąś kobietę w błąd, mówiąc jej że wagon pierwszej klasy to ten za nami (a właśnie w nim stałyśmy). Docieram na miejsce, dzwonię do Pawła, zdając relację na temat ilości wolnych miejsc. Oni idą do mnie. Po chwili oddzwaniają- znaleźli cały wolny przedział, więc ja też się przesiadam. Rozmawiamy, kulturalnie, o różnych rzeczach, pracach, szkołach, obozach- porównujemy te nasze, harcerskie, z tymi młodzieżowymi zagranicznymi, które są teraz (na którym ja byłam jako wychowawca, a o których wszyscy wszystko wiedzą, bo przecież czytali artykuł w Newsweeku). Sypiemy żartami i wspomnieniami jak z rękawa, pojawia się, oczywiście, temat przewodni, czyli Jak Magda skakała w Marianówce po łóżku, i uderzyła głową w sufit, że aż usiadła i zaniemówiła. Okazuje się, że moja krzywda bawi nawet po 11 latach. Nie mija 40 minut, gdy do drzwi dobijają się ludzie, twierdząc, że mają ten przedział zarezerwowany. Cały. Przechodzimy do mojego przedziału, tam już tłoczniej, więc chłopaki idą szukać czego innego, ja w tym czasie przesadzam wnuka jakiejś babci, który zajmuje moje miejsce, po czym próbuję usiąść. Nie zdążyłam dotknąć pośladkami fotela, gdy Paweł wychyla się przez drzwi i mówi, że znaleźli przedział, gdzie jest luźniej. Głupio mi, i nie patrzę ludziom w oczy, przesiadam się. Tam kontynuujemy small talk na tematy moich upadków na głowę, co bardzo bawi faceta siedzącego obok, postanawiam więc milczeć. Dalsza podróż mija bez większych przygód. Potem, spotykam mojego lubelskiego promyczka na hali głównej, rozmawiamy i śmiejemy się tak (okej, ja się TAK śmieję), że ludzie patrzą na nas z nieukrywaną nienawiścią. Ruszamy na spotkanie z Postcard Session i Łąki Łan- Iza bezbłędnie prowadzi mnie do celu (jak owca na rzeź poddaję się temu, bez szemrania). Pierwszy raz się nie gubimy, pierwszy raz docieram gdzieś do Warszawy bez większych problemów... Gdybym tylko wiedziała....

Ciąg dalszy nastąpi!


środa, 6 sierpnia 2014

Tanie podróżowanie


Jestem szalona, mówię Ci! Jestem, jestem, ale nie do tego stopnia, żeby na przykład wsiąść do pociągu byle jakiego, albo stopem przemierzyć cały świat bez grosza przy duszy. Nie. To zaburza moją konieczność kontrolowania wszystkiego i opracowywania planu. Ale, ale, przecież nie jestem osobą, która nie wyściubi nosa poza próg własnego domu. Nie jestem też (niestety!) bogata, więc na coroczne wczasy all inclusive mnie nie stać. A jednak, trochę podróżuję. I z prawie każdej podróży przywożę sobie... magniesik na lodówkę :D. Taka moja mała fiksacja. Wyszukuję najładniejsze, takie które nie przypominają pozostałych. Niedługo przestaną mi się mieścić na lodówce- ale to znak, że zwiedziłam już całkiem sporo miast. Poza magnesami, z każdego wyjazdu przywożę setki zdjęć zapisanych na karcie pamieci mojego aparatu. Nie wyobrażam sobie nie fotografować podczas wyjazdu. Co dziwne, zdjęcia widoczków zajmują niewielki procent wszystkich fotografii. Najwięcej jest ludzi, a potem: dziwnych sytuacji/ niespotykanych rozwiązań, kotów (cóż...) i interesujących- dla mnie- pod względem architektonicznym budynków.
Jakiś czas temu zaczęłam się interesować możliwościami taniego zwiedzania Polski, Europy, świata. I powiem Wam, że jest ich całkiem sporo. Niektóre znałam już dawno, część dopiero odkrywam. Pomyślałam, że mogę podzielić się wiedzą, doświadczeniami, wrażeniami, i stworzę nowy dział na blogu; taki, w którym opowiem o sposobach na tanie podróżowanie. Zaczynając od promocyjnych przejazdów pkp (są takie, serio!), poprzez couchsurfing, na opiece na obozach młodzieżowych kończąc. Sporo tego, warto więc zacząć nowy cykl, co niniejszym ogłaszam!
Ps. Ciekawa jestem, jakie są Wasze ulubione sposoby spędzania urlopu. Wakacje pod namiotem, czy w hotelu czterogwiazdkowym? Góry, morze? Dwudziestogodzinna podróż autokarem, czy szybki przelot samolotem?

piątek, 27 czerwca 2014

Kocha - Lublin - Szanuje.


Ma prawie dziewiętnaście lat, stoi przy oknie w pociągu i uśmiecha się od ucha do ucha. Roziskrzonymi oczami ogląda umykające budynki. - No już się tak nie ciesz- mówi jej chłopak z nietęgą miną. I pewnie w tej chwili myśli o tym, że będzie ich dzielić 300 kilometrów. A ona w głowie ma już tylko: Ahoj, przygodo! W tle majaczy napis: Lublin. Niby biała tablica, taka zwyczajna, taka jak wszystkie inne, z czarnymi literami. Ale jednak. Tkwi w niej pewna obietnica. Czego? Małolata jeszcze nie wie, ale to NA PEWNO będzie ekscytujące. Plecak ma już dawno na plecach. Zakłada krótkie brązowe włosy za ucho i wysiada. Składa papiery na studia w Obcym Mieście i już wie, że nigdy nic nie będzie takie samo.

Ma JESZCZE dwadzieścia pięć lat, stoi przy oknie w pociągu i uśmiecha się od ucha do ucha. Roziskrzonymi oczami ogląda umykające budynki. Szybko wyciąga aparat i zatrzymuje chwilę, która kojarzy jej się z pierwszym wyjazdem do Lublina. Jedzie sama, w odwiedziny do Najlepszego Co Ją w Lublinie Spotkało, do Rudowłosej. Studia skończyła już dwa lata temu. Uśmiech ma nostalgiczny, myśli o tym, ile zmieniło się przez ten czas. Ile osób pojawiło się w jej życiu i ile niespodziewanie zniknęło. Na trochę, na zawsze. O tym, że niektórzy wrócili. O tym, że przybyło jej kilogramów, a fryzurę zmieniła co najmniej kilka razy. O tym, że jest całkowicie innym człowiekiem. I choć nadal nie jada jajek, to już przekonała się do większości warzyw. Zaczęła pić wodę i niemal całkowicie akceptować swój wygląd. Pozwala sobie robić błędy i nieustannie je popełnia. A potem ma wyrzuty sumienia, czasem. Myśli o wielu innych rzeczach. Pakuje aparat, zakłada plecak, poprawia długie (podobno blond) włosy i wysiada. Ten weekend będzie wspaniały- myśli- jak każdy z Izą. Widzi Rudowłosą i gna ku niej co sił w nogach.



Za każdym razem, kiedy jadę do Lublina, wstaję chwilę przed stacją i wyglądam przez okno. Dokładnie pamiętam ten pierwszy raz, kiedy jechałam złożyć papiery, kiedy już wiedziałam, że spędzę tutaj najbliżych kilka lat. Uczucie ekscytacji podszytej lękiem jest nie do opisania. A jednak- zawsze staję przy oknie i wyobrażam sobie, że ta wielka przygoda jeszcze przede mną. Że jestem nastolatką, że czekają mnie same wspaniałości i że to będą najlepsze lata mojego życia.

A weekend był wspaniały, oczywiście. I oczywiście był za krótki, jak to weekend i jak to spotkanie z moją rudą przyjaciółką. W Lublinie byłam tydzień przed długim weekendem- ten z kolei spędziłam na Mazowszu, o czym też napiszę. Ale teraz foto(i)relacja, żebyście mieli z czego się pośmiać ;).

Musicie wiedzieć, że jak tylko widzę Izę, mam banan na twarzy. Niespożyta energia, niewypowiedziane słowa i niekontrolowane wybuchy śmiechu kumulują się we mnie przez cały okres niewidzenia się z nią. No i potem jest tak, że pierwszego dnia naszego spotkania śmieszy mnie WSZYSTKO. Serio. Śmieję się ze wszystkiego, co ona powie, co zrobi. Chichoczę przy grach planszowych- do drugiej w nocy, wspomagana winem (oraz wszystkim słodkim, co jest w domu - plus obowiązkowy popcorn!). A następnego dnia idziemy do stajni, gdzie Iza prowadzi hipoterapię i gdzie kiedyś jej pomagałam, gdy mieszkałam w Lublinie. Konie są cudowne, a ich zapach działa na mnie kojąco.



  
 

 Na byłym poligonie robimy sobie sesję zdjęciową. Mamy szczęście, bo za każdym razem, kiedy wysiadamy z samochodu, już nie pada. Co z tego, kiedy trawa jest mokra, a my brniemy w nią zawzięcie, a to pozując, a to dzierżąc aparat. Jest cudownie, otacza nas chmurne niebo, łubin pachnie słodyczą





Wracamy do domu, znów dostaję głupawy, Iza stwierdza, że ja się tak zachowuję przy jej chłopaku- być może, Jacek jest tak opanowanym, zasadniczym i porządnym człowiekiem, że jest to dla mnie równie absurdalne jak matematyka :D. A wieczorem ma być impreza. Ale nie że zwykła. PRZEBIERANA. Faszyn from raszyn! Jak nie wiecie, o co chodzi, to sobie wyguglujcie. Uwielbiam się przebierać, więc swój strój kompletowałam już dawno. Wybór padł na motywy zwierzęce. Wszelkie. Niech żyją tygrysie pantery, mrrrr! Iza z kolei będzie świecić, bynajmniej nie przykładem- cekinami. Zaczęłyśmy się przebierać wprawiać i robić sobie zdjęcia przy czerwonej tygrysiej zasłonie (a Iza odkryła, że ma w sobie spore pokłady zdolności modelki z rozkładówki :D), aż zrobiło się późno i musiałyśmy iść na autobus. Robiliście kiedyś doświadczenie socjologiczne? Takie, podczas którego macie na sobie panterkowe wzory, mocny makijaż i białe kozaczki? Nie? Żałujcie :P. Bardzo głośno i wyraźnie oświadczałam Izie (i całej reszcie autobusu), że mam nadzieję, że ludzie wiedzą, że jesteśmy przebrane :D... A potem imprezowałyśmy. Całej imprezy i ciężkiego powrotu do domu opisywać nie będę, napiszę może tylko, że wynikiem były: szampańska zabawa, rozbite kolano (sztuk jedno), zaatakowane przez gałąź oko (grunt, że nie wybite!), policzek i dekolt, przyjaźń międzynarodowa i kac morderca. I areszt domowy :D...



 

W niedzielę, jak na Dzień Boży przystało, poszłyśmy do... Niny! Ninka jest jedną z bardziej pozytywnie zakręconych osób, które znam :). Wspaniała, empatyczna, wesoła i przesympatyczna kobieta z grzywą blond loków. Poznałam jej amstaffkę- morderczynię, która mogłaby człowieka na śmierć.. zalizać  ;). I żeby pobyć z nimi wszystkimi trochę dłużej, zamiast bezpośrednio, pojechałam przez Warszawę i zapłaciłam dwa razy więcej za bilet. To nie była miła niespodzianka, ale opłacało się ;).


Już tęsknię za moim Lublinem... Ale jeszcze nie raz tam pojadę i o niejedną gałąź zahaczę ;)...


Ps. Jeśli dotarliście do końca postu- gratuluję :D.
Ps.1 Czy wiecie, że dziś koniec roku szkolnego ;)?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...