czwartek, 18 września 2014

5 ulubionych blogów - i dlaczego je czytam.

Hm. Hmmmm... W blogosferze "siedzę" przeszło dwa lata. Pod moimi palcami przewinęło (przeskrolowało!) się całe mnóstwo blogów. Polskich i zagranicznych. Ładnych i brzydkich. Zwyczajnych i wydumanych. Lifestylowych i kreatywnych. Zabawnych i żałosnych. Są blogi, które odwiedzam regularnie, takie na które wpadam raz na jakiś czas, takie, do których wracam po jakimś czasie i te, na które zerkam z doskoku. W zależności od tego, czy chcę się pośmiać, pozłorzeczyć, pokpić, coś komuś pokazać, zainspirować się- wchodzę na któryś i upajam się nim.

Ciężko wybrać 5, ale zrobię to. Nie będę się specjalnie rozpisywać (!!!), bo już jest późno i ledwo zdążę z wyzwaniem.

Poza blogami Uli, które odwiedzam regularnie, a które Wy, wszystkie wyzwaniowiczki, doskonale znacie są to:


blog organizacja
http://iheartorganizing.blogspot.com/
Miałam manię organizacji (jej ślady możecie znaleźć u mnie na blogu, we wpisach z kwietnia 2012!). Nadal to lubię, choć już gorzej mi wychodzi. Planuję jednak do tego wrócić, w czym pomaga mi Jen, autorka. Bloga lubię właśnie za to- że motywuje mnie do organizacji, planowania, robienia list, porządkowania. Za świetne pomysły. I za kolory!




Piękne rysunki, opowiadania, absurd.
http://meryselery.blogspot.com/

Na Mery trafiłam na początku mojej przygody z blogowaniem. Natychmiast poczułam pokrewieństwo dusz ;). Kocham już za samą nazwę bloga! Uwielbiam jej bajeczne naiwnie (w dobrym znaczeniu!) piękne rysunki i życiowo-magiczne opowiadania. A teraz Mery zajmuje się nowym projektem: Roman Sidło (KLIK!)- słyszeliście? Jutro wybieram się do Krakowa, całkiem możliwe, że wpadnę do jej sklepiku ;).




Blog, feminizm, sarkazm

http://magdanazimno.be/blog/

Lubię blogujące Magdy. Takie na zimno również. Uwielbiam sarkazm, a tego na zimnym blogu nie brakuje. Jej uszczypliwe i powiewające feminizmem teksty trafiają do mnie jak... no trafiają, no! Tak, że czytając jej teksty przytakuję gęsto i przyklaskuję, i stukam dłońmi o biurko, mówiąc: do-kład-nie! A trafiłam tu całkiem niedawno- i zostałam.





Jarecka, blog parentingowy kreatywny, humor
http://laaacia.blogspot.com/

Jarecka to matka, którą każdy chciałby mieć. Zrobi zabawkę, uszyje sukienkę, zapewni Ci towarzystwo w postaci rodzeństwa, a do tego ma genialne poczucie humoru. Uwielbiam czytać jej teksty, był taki czas, że kiedy w pracy nie miałam nic do roboty- siedziałam przed komputerem, hurtem pochłaniając wpisy z Zaogonia. No lubię, no.



DIY, fotografia, lifestyle, blogowanie
http://www.jest-rudo.pl/

Ruda jest Wam pewnie znana. To kolejny niedawno przeze mnie odkryty blog, na który chętnie i regularnie zaglądam. Natalia jest estetką, ma pięknie urządzone mieszkanie i bloga, i chętnie dzieli się swoimi pomysłami po to, by czytelniczki też mogły spróbować swoich sił w upiększaniu (i fotografowaniu). Z bloga bije mnóstwo pozytywnej energii, którą dobrze się pochłania przy porannej herbacie (bo ja kawy, zwykle, nie pijam).


I to by było na tyle. Dzisiejszy dzień wyzuł mnie z energii.

Dobrego wieczoru, kochani!




środa, 17 września 2014

Ukochane hobby- wyzwania dzień trzeci.

Salut! 

Dziś trzeci dzień wyzwania, Ula twierdzi, że dziś bardziej fotograficznie - a to smuci mnie niezmiernie, gdyż w dalszym ciągu nie znalazłam ładowarki do aparatu (nie, żebym jej szukała dziś intensywnie, ale wcześniej już to robiłam!) i nie wiem, jak sobie z tym poradzę. Zrobię zdjęcie tosterem, albo żelazkiem, będzie równie dobre jakościowo jak zdjęcie z mojego srajfona :>... To, że to jest wyzwanie foto, a nie słowo, martwi mnie tym bardziej, że ciężko jest mi nic nie mówić... A ostatnio mam w sobie nadmiar energii! Przynajmniej raz w tygodniu słyszę: Ty masz ADHD! E tam. Ja po prostu nie potrafię spokojnie usiedzieć i nic nie robić, nie mówić, albo nie stukać palcami (nawet teraz, jak nie stukam w klawiaturę, to wybijam dziwny rytm palcami o biurko, super). Dziś już całkiem jestem niezdrowo podekscytowana, pewnie przez brak snu, i przez to, że jutro idę Ważną Rozmowę (trzymajcie kciuki!) Czasem zdarza mi się milczeć i spokojnie siedzieć - czasem. Serio, są takie momenty. Nie mówiąc już o tym, że wymownie milczę codziennie rano (bo mój mózg nie pracuje o tak wczesnej porze).

Ale... O czym to ja miałam? No tak, wyzwanie. 


dixit, fotografia, scrabble, filozofia fuck it, zafon, francuski, times up, kot, szymborska, mleczko, kamasutra, uga buga, książki, gdy, sony alpha, nauka języków, poprawna polszczyzna, miodek, markowski, bralczyk

Czy mam cokolwiek tłumaczyć ;)?
Kota nie ustawiałam, sam się władował.

Edit. Mogłam położyć jeszcze słuchawki.
O Boże, nie dodałam rolek!



I dlaczego nie wspomniałam, że tak właściwie 
to najbardziej na świecie kocham... 

PISAĆ ;)?


wtorek, 16 września 2014

10 (kolejnych) rzeczy, których o mnie nie wiecie.


Cześć i czołem! Po głowie dawno chodził mi ten wpis, aż tu nagle Ula Phelep ogłosiła kolejne wyzwanie, w którym drugiego dnia wymienia się 10 takich faktów. Co prawda, wyzwanie zaczęło się wczoraj, a ja nie wrzuciłam pierwszego wpisu, ale - już się szybko tłumaczę!- zgubiłam gdzieś ładowarkę do aparatu i nie mam jak robić zdjęć :(. Nadrobię to na pewno, jak już się ładowarka odnajdzie (Boże, proszę, niech się znajdzie!).

A więc... Być może pamiętacie, że 10 rzeczy, których o mnie nie wiecie wymieniłam już tu!

Ale ponieważ lubię się uzewnętrzniać... Macie, łapcie!



1. Nie mam tajemnic. To nie znaczy, że niczego nie ukrywam, albo nie kłamię. Nie, nie. Jakoś zawsze choć jedna osoba wie o którymś moim sekrecie. Nie wiem, czy znacie post secret? Pomyślałam sobie, że gdybym napisała swój sekret, wysłała tam i opublikowano by go na stronie, pewnie natychmiast bym się komuś (całemu światu) pochwaliła... Cudzych sekretów nie rozpowiadam, ale jestem znana jako Mistrzyni Dyskrecji- przez moje głośne zachowanie i mówienie w miejscach publicznych o rzeczach, które absolutnie nie powinny wyjść poza jakieś tam grono. No, albo wydaje mi się (po %), że bardzo dyskretnie przyglądam się facetowi, z którym moją przyjaciółkę łączy... powiedzmy, że jakaś tajemnica ;). Potem się dowiaduję, że jego znajomy myślał, że go podrywam, bo wgapiałam się tak intensywnie... 

2. Mocno się angażuję w relacje międzyludzkie. Miewam "fazy" na daną osobę, wręcz się uzależniam- dotyczy to różnych relacji, zarówno facetów, jak i przyjaciółek. Wtedy chcę widywać tę osobę jak najczęściej, być z nią w stałym kontakcie. Taka faza mija (raz szybciej, raz wolniej), i albo przemienia się w zdrowy kontakt bez bycia na głodzie, albo... po prostu mi przechodzi ;).

3. Ciągle pakuję się w absurdalne sytuacje, i wiecznie robię sobie- i/albo komuś jakiś wstyd. Wydaje się, jakbym przyciągała nienormalnych ludzi i zdarzenia. Od jazdy walcem począwszy, poprzez świrów w pociągu, którzy próbują macać mnie po kolanach, aż do .... To teraz będzie rzecz, o której SERIO nie wie nikt, poza jedną koleżanką, która przy tym była (i połową Katowic :P). Wychodzimy ze znajomą z galerii handlowej (jak te galerianki!), pada deszcz, więc ona jęczy, ja ją uspokajam,  że przecież nie jesteśmy z cukru; jednocześnie wyjmujemy parasole: Łaaaał, takie same! Z Rossmanna! Brązowe! Automatic! Nie zdążyłam odejść dwóch metrów, gdy słyszę Coś pani wypadło! I ja już wiem, że ta młodzież siedząca na schodach między dworcem a galerią mówi do mnie. No bo przecież, jak ma coś wypadać, to tylko mnie. Odwracam się i widzę coś małego granatowego. MAJTKI! - krzyczy koleżanka. Majtki.... Potwierdzam, nie wiem po co, zamiast z godnością i szybkością geparda zwyczajnie je podnieść. Młodzież wybucha śmiechem, ja również, dodaję jeszcze Ale czyste! (czyste to były, zanim wpadły w kałużę). Kurtyna. 

4. Nie mam prawa jazdy. Nigdy nawet nie byłam na kursie. Jest mi z tego powodu coraz bardziej wstyd, więc zamierzam je w końcu zrobić. A nie zrobiłam, bo najpierw nie odczuwałam takiej potrzeby, a potem zawsze było coś, co wymagało większego nakładu pieniędzy- ostatnio była to firma... A skoro już o firmie mowa...

5. Zamknęłam swój gabinet logopedyczny. Lokal zbyt dużo mnie kosztował, a zyski z prowadzenia działalności były zbyt małe. Nie poddaję się jednak tak całkowicie, bo działalność zostawiam i będę to kontynuować na trochę innych zasadach. A piszę o tym, bo może dotrze to do wszystkich, którzy po wczorajszej publikacji ogłoszenia o sprzedaży części mebli (nie mam ich gdzie trzymać, do cholery!) pytali o szczegóły na facebooku.

6. Pociągają mnie elokwentni i inteligentni faceci, którzy DOBRZE mówią po polsku, mają bogate słownictwo (prawie jak bogate wnętrze) i nie robią błędów ortograficznych. A już tacy całkiem puryści językowi? O mamusiu! Mam jakieś zboczenie na tym punkcie...

7. Cholernie kocham zwierzęta. Swoim wybaczam wszystkie przewinienia. I choć mam dość, kiedy po raz kolejny muszę sprzątać rzygi, albo gdy okaże się, że znów koty nasikały poza kuwetą, a pies ukradł moje majtki (znowu te majtki, co to jest w ogóle za wpis?!) i wyciągnął je na środek pokoju, to nie wiem, co musiałoby się stać, żebym była w stanie je oddać. Poza ciężkimi chorobami, niedowładem i zawinięciem w kaftan, nie wyobrażam sobie takiej sytuacji (tamtych też wolę sobie nie wyobrażać).

8. O niektórych facetach mówię ten ciul (to jest niemal pieszczotliwe). Czasem trudno się połapać, o którym mowa. Od zawsze nadawałam też różne (tajne!) pseudonimy chłopakom (na przykład tym, którzy mi się podobali)-  chociażby American Dream Boy, albo Ładna Bluza (oba z czasów liceum). Nie wiadomo było, o kogo chodzi, więc mogłyśmy sobie z przyjaciółką bez skrępowania plotkować. Na dziewczyny raczej nie mam pseudonimów. Jak mi czymś MOCNO podpadną, to w rozmowie o nich padają niecenzuralne wyrazy.

9. Kocham tańczyć. Wszędzie. Uwielbiam tańczyć sama w domu, do Sean Paula, albo innego dancehallu. Najlepiej w bieliźnie. Uznaję to za formę fitnessu. Publicznie nie daję takich pokazów.

10. Dobrze się bawię we własnym towarzystwie (patrz punkt wyżej). Lubię spędzać czas sama ze sobą. Ja plus książka. Albo ja plus fiszki z francuskimi wyrazami. I kubek zielonej herbaty. Duży. Doceniam chwilę, gdy mam święty spokój i mogę pobyć sam na sam ze swoimi myślami. Gorzej, jeśli myślę za długo, bo wtedy obmyślam scenariusze- często najgorsze z możliwych. Ale to już temat na inny dzień ;)..




sobota, 6 września 2014

Proszę panią do walca!

Dziś też o podróżach. Będzie o tanich środkach transportu... Właściwie o darmowych. Problem w tym, że nie zawiozą Was zbyt daleko. Co najwyżej wzdłuż ubijanego świeżego asfaltu...


Zwyczajny wrześniowy piątek. Jeszcze ciepło, ale jednak za zimno na krótki rękaw. Mam na sobie świeżo wypraną szapanerską baldresówę z Riska. Spotykam się z Agatą, postanawiamy iść do pubu, w którym są gry. W gry nie gramy, za to dostaję piwo gratis, bo jest końcówka i nie nalał się cały kufel. I tak mi nie smakuje, jak to piwo, ale mniejsza z tym. Chcę coś zjeść, więc wybieramy się do pizzerii na bułeczki serowe. Niestety, zamknięte od 4 minut. Idziemy do Tesco, kupuję osobno bułeczki i serek, zżeram to po drodze do samochodu, w którym zamierzamy wyć znane (nam) i lubiane (przez nas) piosenki. Po drodze natykamy się na panów kładących asfalt, ten z walca intensywnie się w nas wpatruje, co nas bardzo bawi, rozmawiamy o tym, że chciałybyśmy się przejechać. Na nasze szczęście (!) rozmowę słyszy operator koparki, który zadaje nam jedno pytanie: Chcecie przejechać się walcem? My (wrzecząc): TAAAAK! Zmierzamy tanecznym krokiem (suknia w dłoń!) w stronę walca, choć tańczyć go nie zamierzamy. Wyrażam obawę, czy nie zrobię śladów w świeżym asfalcie, ale operator koparki mnie uspokaja. Wskakujemy do walca, co wcale nie jest takie proste, zważywszy na strój (w tym buty na koturnie). Jesteśmy szczęśliwe jak dzieci na Boże Narodzenie. Pytamy pana operatora walca o imię- okazuje się, że jest Jackiem. Pan Jacek myśli, że my to jeszcze chodzimy do szkoły, trochę wyprowadzamy go z błędu, ale nie za bardzo, lepiej niech nie wie, jakie stare baby wozi. Dowiadujemy się o przebieg powstawania nowej drogi: frezarka, (koparka) zamiatarka, rozściełacz, walec! I czujemy się bardzo doedukowane. Agata zadaje bardzo mądre pytania w stylu: czy walec ma światła przeciwmgielne i czy można nim zawracać, a ja cieszę się udawaniem słodkiej idiotki, wykrzykując co chwila Ooooo! Pan ma tu wiatraczek! albo A czemu to światełko się świeci? oraz Czy to jest tył, czy przód walca? Zauważam też, że pan siedzi zupełnie jak w angielskim samochodzie, bo ma kierownicę po prawej stronie (można ją przesuwać!!!!!!!!!), co z kolei naprowadza mnie, by zadać kolejne godne mnie pytanie (cały czas z ogromną powagą): Panie Jacku, jakiej narodowości jest pana walec? W momencie, gdy pan Jacek odpowiada, że szwedzkiej, nic już nie może powstrzymać mnie od głośnego pisku, a Agaty od ataku śmiechu (uwierzcie mi, że mamy swoje powody, by reagować tak na wszystko, co szwedzkie). Potem jest już tylko gorzej. Panie Jacku, czy pana walec ma jakieś imię? (nie miał, wyobrażacie sobie?!) A czy Pan ma syna (też nie!)? To jakby pan miał syna, to jakby pan go nazwał? Bo może tak samo nazwie pan walec? Pan Jacek nie zastanawiał się nigdy (serio!) nad imieniem dla syna i miał problem z wymyśleniem go nawet dla walca. Chciałyśmy mu pomóc, więc podawałyśmy mu nazwy, które u nas są szyfrem, ale dla przypadkowego słuchacza nie znaczą nic, np Bhutan, Birma, Borsuk, Szop (P.J.: Ale pracz?). Pan Jacek nie był zdecydowany, w ogóle głównie śmiał się pod wąsem swoim niskim śmiechem, a potem nie chciał nas wypuścić, póki nie skończy walcować asfaltu. A nam już się nudziło (mimo skocznego disco polo dobiegającego z radio: No chodź na kolana, wiem, że nie wypada) i chciałyśmy jeszcze pojechać koparką. 


Koparka, którą prowadził Sławek (do którego z rozpędu ciągle mówiłam panie Jacku) przewiozła nas dwa razy dookoła budynku, a potem pod rozściełacz. Podczas jazdy wydawałam okrzyki w stylu Ojej, jak ta koparka szybko jedzie Żebyśmy tylko nie wypadły! głosem słodkiej idiotki. Potem pstryknęłyśmy sobie zdjęcie W ŁYŻCE koparki (niestety jakość jest jeszcze gorsza niż tych zdjęć tutaj, Sławek nie był zbyt dobrym fotografem, a mój telefon nie nadaje się do uwieczniania takich nocnych ekscesów. Po pobycie w łyżce, moja spódnica przestała nosić miano świeżo wypranej. Sławek porozmawiał o nas z kierownikiem, który pozwolił na przejazd rozściełaczem. Maszyna była potężna i wyglądała o wiele bardziej dystyngowanie, niż taki walec na przykład. Niestety było tam piekielnie gorąco i śmierdziało, więc natychmiast chciałam zejść. Potem był jeszcze Adaśko, który pozwolił nam udawać, że kierujemy ruchem.


Po całej przygodzie, byłam tak zmęczona udawaniem słodkiej idiotki, że opadł mi cały entuzjazm i milczałam w drodze do tesco, w którym Aga postanowiła kupić ciastka w ramach podziękowań. Gdy wróciłyśmy i wręczyłyśmy dary. czekała nas jeszcze rozmowa z siwym chłopem (też pracownikiem), którego jarało to, że jego córka ma tak samo na imię, jak ja. Dialog wyglądał mniej więcej tak:
Stary Srebrny: To gdzie wy teraz jedziecie?
M&A: Do domu!
SS: A kto będzie prowadził?
M: No Agata!
....... (pełna konsternacja, w głowach stado Chińczyków siecze kapustę.)
M: Bo my jesteśmy pełnoletnie przecież!
A: I trzeźwe na dodatek!
Pan Jacek: To może... NAPALONE?
M: (pełna powaga): Znaczy ZJARANE? A nie, takie plany to mam na jutro.


No i tak mniej więcej wyglądają piątkowe wieczory w moim towarzystwie. Ktoś reflektuje ;)?

piątek, 5 września 2014

Obóz młodzieżowy, czyli Czarnogóra za grosze.


Wyspa św. Stefana

Miało być o podróżowaniu, do tego TANIM, więc dziś zahaczę o ten temat. Jakiś czas temu wpadłyśmy z Martyną na pomysł, by pojechać na obóz młodzieżowy. Młodzież z nas nadal znakomita, zakonserwowane jesteśmy doskonale, jednak tym razem postanowiłyśmy jechać jako kadra. Dość szybko znalazłyśmy biuro, które miało zapewnić nam kontrolowaną rozrywkę podczas wakacji. Pominę, że równie szybko okazało się, że nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak słabą organizacją w tak dużej firmie. Przejdźmy do meritum- dostajemy informację, że jedziemy do Czarnogóry, jupi! Im bliżej wyjazdu, tym mniej chciałyśmy jechać i tym więcej miałyśmy wątpliwości. Cóż, nie stać mnie na płacenie alimentów, w razie gdyby któraś z dziewcząt postanowiła zostać nastoletnią mamą i na miejsce poczęcia wybrałaby sobie akurat Sutomore. Takie i inne rozterki miałyśmy. Okazuje się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują! Trafiła nam się niewielka grupa, do tego w większości składająca się z mądrych, błyskotliwych dzieciaków (MŁODZIEŻY!) w wieku 14-18 lat. I powiem Wam szczerze, że odpoczęłam. Nie sprawiali zbyt dużo problemów, nie było żadnych sytuacji, przez które mogłybyśmy się za nich wstydzić (aż tak). Złota młodzież, nie ma co ;). Tak więc, jeśli pracujecie w oświacie/ jesteście studentami i macie wakacje, albo Wasza praca pozwala nam na dwutygodniowy wyjazd, to polecam ;). Oczywiście, to nie jest sielanka. Przez cały czas trzeba pamiętać, że nie jest się na wakacjach, tylko w pracy, i nawet na plaży nie można do końca się zrelaksować, bo pilnuje się, czy nikt nie się spala żywcem, nie dostaje udaru, albo nie podtapia. Papiery przed i w trakcie, wypełnianie dzienniczków, dbanie o bezpieczeństwo, zapewnianie różnorodnych rozrywek, plan B na wypadek niepogody, pogadanki na temat łamania regulaminu, wyciąganie chłopaków spod łóżek (grunt, że nie z!) dziewcząt, próba wyśrodkowania między byciem heterą a kumpelą, i dużo innych atrakcji. To jest pikuś. Tak jak mówię, nam się trafiła niewielka, fajna grupa. Na obozach, gdzie jest 40- kilka osób, może już nie być tak łatwo. Nigdy nie przewidzi się, jaka młodzież pojedzie, co im strzeli do głowy, ani co niespodziewanego może się stać. Ale ja bym, mimo wszystko, pojechała znowu ;). Co trzeba zrobić? 

Obstawa. To najmniejsze w krótkich spodenkach, to ja.

1. Zrób kurs wychowawcy kolonijnego.
W każdym mieście są ośrodki, które się tym zajmują. Ja swój kurs zrobiłam 4 lata temu, i nie pamiętam, ile kosztował, ale chyba ok 200 zł. Zajęcia odbywały się w weekendy, albo po południu- też nie jestem pewna. Ale trochę godzin tam było. Na końcu egzamin, który trzeba zdać, by dostać zaświadczenie.
2. Poszukaj biura, które zajmuje się organizacją obozów młodzieżowych
Popytaj wśród znajomych- ja właśnie tak trafiłam na "nasze" biuro. Poczytaj opinie, dowiedz się, ile, i kiedy płacą za obóz, oraz w jakiej formie (przelew, czy do ręki, itp), oraz jakich dokumentów potrzebujesz. Jeśli Ci odpowiada- zostaw im swoje cv i kopię zaświadczenia o ukończeniu kursu. Jeśli to duże biuro, prawdopodobnie potrzebują nowych osób.
3. Sprawdź ważność paszportu- być może będziesz go potrzebował(a). 
Do większości państw- również spoza UE- można wjechać na samym dowodzie, jeśli wyjazd nie przekracza 30 dni (w tym również do Czarnogóry). Dokładny wykaz państw znajdziesz w internecie. 
4. Zdobądź potrzebne dokumenty- przede wszystkim zaświadczenie o niekaralności. Należy się po nie zgłosić do Sądu Okręgowego, dokładnie do biura informacji KRK. Najpierw należy wypisać zaświadczenie i w kasie uiścić opłatę. W punkcie okazać papierek i dowód osobisty, i jeśli nie jesteśmy zbrodniarzami, pani podbije nam pieczątkę i podpisze zaświadczenie w odpowiednim miejscu.
5. Ubezpiecz się
Wśród wychowawców krąży urban legend o ubezpieczeniu na wypadek ciąży (nie swojej, rzecz jasna). Na dobrą sprawę, tak szczegółowego ubezpieczenia (raczej) nie ma. Jest bardzo ogólne, pod które może łapać się wszystko i nic. Ale mimo wszystko, zaleca się wykupić ubezpieczenie- niektóre biura podróży wręcz tego wymagają. Warto poszukać firmy, która ubezpieczy nas na konkretny czas- na dwa tygodnie wyjazdu, a nie na przykład na miesiąc, bo tyle trwa najkrótszy okres ubezpieczenia w ich firmie.
6. Idź do swojego operatora telefonicznego i spytaj o roaming, dokładne ceny i możliwości. Może wykup osobny starter. To dobra rada, wiem, co mówię.
7. Pozyskaj niezbędne informacje o państwie, mieście, ośrodku, okolicy. Sprawdź, jaką ma walutę, obowiązujący język, przykładowe ceny, atrakcje (plaże, dyskoteki i sklepy!). Wujek Google chętnie ci pomoże.
8. Wymień pieniądze. Możesz zrobić to już wcześniej, jeśli akurat kurs jest sprzyjający.
9. Spakuj się- nie zapominając o dobrym nastawieniu i dużej dawce cierpliwości.

Standardowa wypłata za dwutygodniowe obozy to ok 500 zł. Nie oszukujmy się jednak, że na tym zarobimy. Owszem, mamy jedzenie, nie płacimy za nocleg, ale jednak czasem chcemy spróbować tradycyjnych potraw (np bardzo tradycyjnej pizzy z "pekary"), kupić pamiątki, wysłać kartki (szczególnie, jeśli nie możemy znaleźć poczty). Na takich wyjazdach musimy liczyć się z tym, że jedzenie nie zawsze musi nam odpowiadać i że nie dostaniemy nieograniczonej ilości wody do picia, a jednak jest upał. Tak więc...

Ile to wszystko (w przybliżeniu) kosztuje?!


kurs wychowacy kolonijnego:              100-200 zł
zaświadczenie o niekaralności:            32 zł
ubezpieczenie od różności:                 35-50 zł
rachunek telefoniczny (dodatkowo):   100- 200 zł 
kasa na drobne wydatki:                     300-500 zł
                                                         ok 500-900 zł

Teraz trzeba sobie podliczyć, że jeśli za wyjazd zapłacą nam 500 zł, to w najlepszym wypadku mamy wakacje za darmo, w najgorszym, i tak zmieścimy się w kilku stówkach. Warto pamiętać, że koszt kursu to jednorazowy wydatek, więc przy każdym kolejnym wyjeździe już się nie liczy.

Nagrody w konkursie na najlepszy strój podczas pokazu mody (papier toaletowy był w tym pensjonacie na wagę złota!)


To tyle w temacie pierwszego sposobu na tanie podróżowanie. O samej Czarnogórze, o tym, czym mnie zachwyciła i przeraziła, opowiem w osobnym poście.


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...