niedziela, 12 stycznia 2014

Najpierw przyjemności, potem przyjemności.

Pójdę do piekła. Serio. Będę się tam smażyć, a ja tak nie lubię upałów! Mieszkam w bloku, w bloku też mam siedzibę firmy. Być może wiecie, że w blokach są klatki schodowe i być może wiecie, że trzeba je sprzątać. Czasem wyznaczony jest do tego ktoś ze spółdzielni, czasem ktoś całkiem z zewnątrz sprząta za mieszkańców. Myślicie, że mam tak dobrze? Bynajmniej. U siebie muszę myć klatkę co 4 tygodnie, w firmie co 2. Wychodzi na to, że ciągle muszę gdzieś sprzątać. Nie zawsze potrafię to ogarnąć, skoro tyle rzeczy zaprząta mój umysł (chociażby nienapisane książki i filmy z Ryanem Goslingiem). Wczoraj zapomniałam o umyciu korytarza w moim prywatnym bloku. Zastanawiałam się, ile sąsiadek poszło już ze skargą do spółdzielni, że nie wykonuję swojego obywatelskiego obowiązku. Na szczęście, przypomniałam sobie, że na szczęście (tak, znowu!) dziś niedziela, Dzień Boży (etymologia tego zwrotu jest fascynująca, a zwrot pochodzi od mojej kuzynki), a więc Panie ze Spółdzielni nie pracują. Gorzej, że skoro Dzień Boży, to ja również nie powinnam pracować. Nie, żebym się tu zaharowywała. Chyba, że jedzenie rodzynek i śpiewanie piosenek można uznać za ciężką pracę. Korytarza nie powinnam myć w niedzielę. Dlaczego? Bo niedziela. Mając do wyboru, gniew Pań ze Spółdzielni i gniew Pana Boga... umyłam ten korytarz. Pewnie Ruch Kobiet Myjących Korytarz Na Kolanach i Na Kolanach Chodzących Do Częstochowy już wysłał pismo do kurii z prośbą o wydalenie mnie z kościoła. Jak znam życie, mają tam już notkę o moim niegdysiejszym życiu w konkubinacie, w grzechu znaczy się. No i to moje (nie)chodzenie do kościoła... Jeśli doniesiono też o moich innych rozlicznych występkach, cóż... mogę spodziewać się pisma, lada chwila. Mogłaby mi je przynajmniej przynieść sowa, bo zastępu aniołów nie oczekuję. Wracając do korytarza (na korytarz?). Mało przyjemny, ale jednak obowiązek. Nie jest w moim stylu mycie korytarza na kolanach szczoteczką do zębów (ani nawet na kolanach szmatą). Używam mopa (a wcześniej zamiatam). Na korytarzu stoją wózki, ze trzy, albo cztery. Widziałam, jak sąsiadka odsuwała wszystkie i robiła Generalne Porządki przy użyciu kolan i szmaty. Ja odsuwam jeden, czuję się wtedy jakbym była matką- chwilę sobie poudaję, ale szybko mi się nudzi, bo co to za wózek bez dziecka? I odstawiam go. Reszty nie odsuwam, bo przecież nie mogę mieć trójki (czwórki) dzieci i wozić ich wszystkich w osobnych wózkach! Psuje mi to moją wizualizację (to wcale nie ma nic wspólnego z tym, że nie chce mi się tak dokładnie sprzątać, wcale...), więc olewam odsuwanie i zasuwanie reszty. Wiaderko z mopa trochę się popsuło, przez co ciężko mi wyciskać wodę. Moje szlachetne i szlacheckie dłonie kiepsko znoszą kontakt z wodą. Woda z detergentem, zawierająca brud z korytarza bynajmniej nie jest aloesem. Tak więc moje wyciskanie mopa jest dość... słabe. Do tego stopnia, że gdy stanęłam na umytym już kawałku korytarza (nigdy nie depczę swojej roboty! To musiał być znak!), zrobiłam śliczny pół- szpagat. Z dwojga złego, lepiej ja, niż sąsiad(ka)- po co mają mieć kolejny powód do wysyłania mnie do piekła? Jak już uporałam się z diabelnym (ha!) korytarzem, zorientowałam się, że użyłam nie tego mopa co trzeba (bo mam dwa, jeden do domu, jeden do korytarza). Cóż, nie dostanę tytułu Perfekcyjnej Pani Korytarza, a tak na to liczyłam...

Jak ja nie lubię niedziel... I jeszcze ta pogoda. Fu.

Rozpalające pocałunki przesyłam ja- Szpagaciarka Roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...