wtorek, 25 grudnia 2012

Wesołych, wesołych!

Kochani! Życzę Wam cudownych Świąt oraz równie cudownych innych dni w roku :). Przygotowania do Świąt pochłonęły mnie tak bardzo, że nie miałam czasu wrzucić tu (świątecznych) przepisów, które w tym roku wypróbowałam. Ale nie martwcie się- w najbliższych dniach to nadrobię ;).





Ps. Czy Wasze zwierzaki przemówiły ludzkim głosem? Moje nie- za to, po pochłonięciu prezentów, z wielkim zaangażowaniem wylegiwały się na kanapie :P...

środa, 19 grudnia 2012

Kalendarz i mini planner.


Pochwalę się, a co! Dziś przemiła Pani Listonosz  przyniosła mi przemiłą przesyłeczkę (och, jak uroczo :D). Przyszedł kalendarz inspirowany stylem pin up (który uwielbiam) i śliczny mini planner. Aż się nie mogę doczekać Nowego Roku, żeby móc zapełniać terminarz zapiskami :D. Planner już noszę w torebce!





Jesteście ciekawi, kto tworzy takie cuda? Pewna młoda, śliczna i utalentowana scrapperka, która na swoim blogu prezentuje kalendarze, notesy, albumy i mnóstwo innych pięknych rzeczy, które chciałabym mieć ;). Odsyłam na bloga KaroDeco: http://karodeco.blogspot.com/search?updated-max=2012-12-03T22:23:00%2B01:00&max-results=3

wtorek, 18 grudnia 2012

Kocham ekologię! Część IV: ekologiczne sprzątanie.

sesja pin up, wiosenne porządki, perfekcyjna pani domuIdą Święta. Pewnie większość z Was jest w ferworze wielkich przygotowań, może część akurat bierze się za porządki. Dziś trochę o sprzątaniu- ekologicznym. Sklepowe półki uginają się od specyfików, które w mig usuną za nas brud- właściwie nie musimy nawet ruszać ręką. Czy wiecie co jest w składzie większości takich magicznych mleczek i pryskaczy? Mi wystarczy świadomość, że zawierają mnóstwo chemii i toksyn. Zanieczyszczają środowisko i... nasze płuca (wystarczy "zaciągnąć" się jakimś płynem do mycia okien, czy toalet, żeby to poczuć ;)). Nie mówiąc już o tym, że w miejscach, gdzie przygotowuje i przechowuje się jedzenie, warto używać czegoś, co nas nie zatruje ;). Nie mówię, żeby całkowicie zrezygnować z chemii (ja nie zastępuję niczym płynu do toalet), czasem jednak warto zastosować sposoby babć, które znają się na sprzątaniu dużo lepiej niż my i radziły sobie bez cudownych specyfików. Będzie taniej i ekologicznie, jeśli poszukamy odpowiednich składników w kuchni. Naszymi sprzymierzeńcami będą głównie: ocet, soda, proszek do pieczenia, sól i cytryna.

Ocet- dezynfekuje, usuwa tłuszcz i kamień, wybiela. Jest tak uniwersalny, że można nim czyścić wszystko- od lodówki, przez piekarnik i kafelki aż po podłogi.

Soda oczyszczona, proszek do pieczenia- czyści, usuwa plamy, neutralizuje nieprzyjemne zapachy.

Cytryna- wybiela (podobno nawet piegi ;)), usuwa plamy.

Sól- dzięki właściwościom ściernym świetnie zastępuje proszki do czyszczenia, dezynfekuje.

Ocet + woda (+ cytryna)- świetnie nadaje się do mycia okien, luster i innych szyb- najlepiej wlać mieszankę octu z wodą (pół litra wody na 4 łyżki octu- można dodać również trochę soku z cytryny) do spryskiwacza i spryskać szyby, następnie wypolerować zmiętą gazetą.
 
Soda (proszek do pieczenia) + cytryna (w proporcji 1:1)- usuwa plamy z pleśni- przygotowaną pastę nałożyć na plamy, po 2 godzinach spłukać. Świetnie też nadaje się do szorowania szczoteczką do mycia zębów (starą, nieużywaną :P) na fugi między kafelkami.

Cytryna + sól- czyści deski do krojenia (przekroić cytryną, "namoczyć" w soli).

Soda oczyszczona + woda- świetnie myje lodówkę.

Soda oczyszczona + sól (1:1)- uniwersalny proszek do czyszczenia (piekarnik, przypalone garnki, itp).

Soda + ocet- środek do czyszczenia ceramiki łazienkowej.

Uwaga, kuchnio! Nadchodzę! Mam ocet i nie zawaham się go użyć!
Ps. A Wy? Posprzątaliście już? Macie jakieś sprawdzone sposoby na sprzątanie? 


środa, 12 grudnia 2012

Pachniesz białym jeleniem!



Moja Pani jednak nie jest taka miła! Tylko taką udaje. Tu mnie głaszcze, tu ćwierka jak szalona i opowiada o przysmaczkach i spacerach, aż nagle... wykąpała mnie! Wyobrażacie to sobie?! I to nie pierwszy raz. Wiedziałem co się święci, gdy tylko zaczęła usuwać wszystko z łazienki, ale udawałem, że nie mam pojęcia o co chodzi (po cichu też liczyłem, że może dla odmiany wykąpie koty...). I nagle gwizdanie "Czekuś! Chodź do mnie!" To lecę do drugiego pokoju- nie ma jej. Wracam, patrzę, stoi w przedpokoju. Szybko lecę do drzwi wyjściowych. A Zła Pani na to "Nie, jeszcze nie idziemy na spacerek. Muszę cię wykąpać, przykro mi" No to ja sru!- przylgnąłem do drzwi, a Pani próbuje mnie wyciągnąć. Zaparłem się łapami, jedna prawie weszła mi pod drzwi z łazienki, co Panią przeraziło i zmusiło do zaprzestania wyciągania mnie. Niestety. Tylko na chwilę. Pani podniosła mnie z podłogi, co znowu nie jest takie łatwe, jak podejrzewam, bo ze mnie żaden tam chichuachua. Ugięła się pod moim ciężarem, ale do łazienki doniosła i wsadziła do wanny. Próbowałem uciec, gdy tylko odkręciła kran, ale Pani ma doświadczenie i moje sztuczki zna. Więc stałem tam, jak osiołek w stajence, upokorzony. Pani myślała, że jest mi smutno i się boję, ale nie wiedziała, że martwię się, że któryś z psów dowie się o tym incydencie i wtedy przestanę być Królem Osiedla. Co za los! Na domiar złego, Pani próbowała mnie uspokajać i mówiła do mnie słodkim głosikiem, jaki będę piękny, pachnący i czyściutki i że nie mogę im śmierdzieć pod choinką. I jeszcze zaśmiewa się, że będę pachniał jakimś Białym Jeleniem! Nie wiem, co ją tak rozśmieszyło- no i sama ciągle mówi Panu, że to głupie śmiać się z własnych żartów. Po za tym, śmierdzi to to mydło, którym mnie umyła. A ja i tak wytarzam się w jakimś łajnie, albo zdechłym gołębiu (ostatecznie w żółtym śniegu) i zobaczymy, co wtedy powie, he he he. Męczarniom nie było końca, ale ja- dzielny i wytrwały Czekaj I, zniosłem to mężnie. Niech się ta moja Pani cieszy, że nie wyskoczyłem z wanny, jak ostatnio i nie ochlapałem jej wodą! Potem było wycieranie, a najgorsze, że jeszcze postanowiła mnie.... wyczesać! Nie jestem pudlem! Mówią, że na spacerze szczotki mi nie przeszkadzają. Ale halo? Na spacerze nic mi nie przeszkadza, no, może poza tym czarnym labradorem, tfu, tfu! Teraz siedzę sobie na innym kocyku, bo mój piękny, pachnący psem, pani zgarnęła do prania (przewidziała, że zaraz po kąpieli udam się tam w celu wytarcia), a Pani robi mi zdjęcia. Bardzo tego nie lubię i cały czas odwracam głowę. Nie wiem, czemu mnie tak dziś męczy. A może... Może mnie szykuje na wystawę? W końcu niezły ze mnie przystojniak, co nie?


Nie muszę czekać na Wigilię, aż moje zwierzaki zaczną mówić ludzkim głosem ;)... Swoją drogą, zadzwoniłam do męża, żeby pochwalić się, że wykąpałam Czeka, a on "Trzeba było na mnie poczekać" (ja, myślałam, że po to, żeby mi go wniósł i wyniósł z łazienki") i kończąc "Wsparłbym go jakoś... Biedny Czekuś...". Kąpanie psa to część przedświątecznych porządków. A jak tam Wasze przygotowania?
Buziaki, Madeleine.

sobota, 8 grudnia 2012

Dzień Otwarty w schronisku.


Schronisko. Miejsce, gdzie można się schronić? Przed czym? Przed zimnem, deszczem, śniegiem, upałem, samochodami, złymi ludźmi. Miejsce, gdzie czułe Ręce pogłaszczą, nakarmią, wyprowadzą na spacer. Ale potem znikną, bo nie mogą być zawsze, nie mogą być 24 godziny na dobę. Zmieniają się, przychodzą kolejne Dobre Ręce, ale one też nie są tylko dla jednej istoty. Tyle pazurków i ogonków w tym miejscu. Tyle historii, często zapisanych bólem i krwią. Dlatego te wszystkie pazurki i opadnięte uszka chciałyby mieć Dobre Ręce dla siebie. Niektórym uda się szybko, niektórym- być może nigdy...
Dziś był Dzień Otwarty w Miejskim Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt w Katowicach. Chciałam pojechać, musiałam. W końcu to schronisko, w którym mieszkał mój Pan Czekuś. Nasza podróż upłynęła pod znakiem lekkiego zdenerwowania pokrytego nerwowym śmiechem. Justyna nie była tam nigdy i nie wiedziała jak dojechać, a ja nie mam wyczucia, kiedy powinnam powiedzieć "zjedź w prawo" i zawsze robię to za późno :P. Krążyłyśmy i błądziłyśmy, zawracałyśmy, a 15 zbliżała się nieubłaganie. Trasę, która powinna zająć nam pół godziny pokonałyśmy w 3 razy dłuższym czasie. Ale dojechałyśmy- prawie krzyczałyśmy ze szczęście, kiedy wreszcie wjechałyśmy przez żółtą bramę. Zawiozłyśmy kilka cieplutkich koców i inne tkaniny, miskę, garnek, karmę i makaron. A potem poszłyśmy obejrzeć zwierzaki. Najpierw dorosłe psy. Miałam robić zdjęcia, żeby Wam zaprezentować te Miłości na czterech łapach, ale przy załzawionych oczach kiepsko robi się zdjęcia. Trzymałam się, dzielnie, i tak. Nawet jak te wszystkie psy garnęły się do nas, merdały ogonkami na każdy dźwięk mego głosu, błagały o pogłaskanie. Potem Justyna powiedziała "A tu nie ma szczeniaków? Szkoda..." Powiedziałam, że są. Napis "Szczeniaki. Kwarantanna" zaprowadził nas na miejsce. Były klatki. I jedna psinka w środku. Miała łapy jak gazela i oczy jak paciorki, wpatrzone w nas. Zagwizdałam, a ona (bo to suczka) przekręciła łepek i nastawiła uszy. "Hej, Gwizdek", zawołałam. Głaskałyśmy ją. Justyna patrzyła na suczkę, a suczka na Justynę. Ja już wiedziałam. Myślę, że sunia też. Od słowa do słowa, podając wszystkie za i przeciw, argumenty i kontrargumenty został wykonany telefon. Poszłam obejrzeć koty. Zakochałam się w jednej Pięknocie, czekała na sterylizację. Jak nie będzie mi dawała spać, to jakoś przekonam Cały Dom (2 koty i psa włączając), że kitka jest nam niezbędna do życia, a my jej jeszcze bardziej ;)... W międzyczasie współlokatorzy Tinki zgodzili się na wspólną odpowiedzialność. Cudownie! Kilka podpisów, porad, kupon na bezpłatną sterylizację i już. Zobaczcie, jak łatwo zdobyć przyjaciela na wiele lat życia :). O podróży powrotnej nie będę wspominać- tym razem nie błądziłyśmy :P. Tequilla- bo prawdopodobnie tak będzie miała na imię sunia, zadomowiła się od razu. Już zagarnęła fotel i serca wszystkich. Powiecie, to jeden pies. Nie uratujecie całego świata. Nie? Może. Ale jeden adoptowany pies, czy kot, to jeden odmieniony los, jeden mały cud. Dla zwierzęcia ORAZ jego człowieka. Zresztą, gdyby każdy dobry człowiek wziął zwierzę, schroniska byłyby tylko przejściowym domem... Jeszcze tylko apel: jeśli z jakichś względów nie możecie przygarnąć zwierzaka, pomóżcie w inny sposób. Można wpłacać pieniążki na konto jakiejś fundacji, zaadoptować psa wirtualnie zorganizować zbiórkę potrzebnych rzeczy, albo samemu zawieźć. Zima trwa w najlepsze. Przydadzą się koce, dywany i wykładziny, ręczniki i inne materiały. Psiaki nie pogardzą karmą suchą i mokrą, makaronem, ryżem. Potrzebne są również leki i środki czystości. I Dobre Ręce, które mają czas i chęć zostać wolontariuszem :).
Linki:
http://www.przystanekschronisko.org/jak-pomoc
http://www.przystanekschronisko.org/wolontariat
http://www.schronisko-katowice.eu
https://www.facebook.com/pages/Schronisko-dla-Bezdomnych-Zwierz%C4%85t-w-Katowicach/175929075760759
https://www.facebook.com/przystanek.schronisko?ref=ts&fref=ts


Zaraz po wyjściu ze schroniska- Justynka i Tequilla.


 Jedno "hop" i mała przez godzinę okupowała moje kolana- nie było szans się ruszyć :D.


 Łapy jak u gazeli. Będzie się ścigać z moim Czekusiem :)!
 

Przodozgryzek i jej fotel ;).

wtorek, 4 grudnia 2012

Co robię nocą, zamiast spać?



 źródło: http://kropkiikreski.pl/2011/08/sowa-noca/


Wena bawi się ze mną w kotka i myszkę. Nie tylko ta do pisania, ale i w ogóle. Przychodzi nocą. Kiedy Cały Dom już śpi, ja myślę. Myślę i myślę, bo spać nie mogę. A może myślę i myślę, więc nie mogę spać? Mój mózg nie odpoczywa. Pewnie za dużo w nim czegoś, albo czegoś brak. Kładę się, a on zaczyna przetwarzać. I podsuwa mi tak idiotyczne obrazy, że nikt by nie mógł spać. Przypomina mu się horror sprzed 8 lat. Albo obciach roku z gimnazjum. Albo wpadam na genialne pomysły, które KONIECZNIE trzeba zrealizować, a plan obmyślić właśnie teraz. Natychmiast. No i wena. Wena też wtedy nadchodzi. Wczoraj wymyśliłam kilka postów, które mogłabym zamieścić. Słowa spływały na poduszkę, niczym myśli do myślodsiewni. Ale nie wstanę. Nie wstanę, nie zapalę światła i nie odpalę komputera, bo Noc. Bo obudzę Cały Dom. No i tak leżę z otwartymi oczami, a myśli kotłują mi się we łbie. Postanawiam zapamiętać 5 planów na życie i treść 7 postów. A rano nie mogę wstać.
Taaaak… Zdecydowanie wolę noce. Nocą jest cicho, nikt mi nie brzęczy nad uchem. Mogę zapalić świeczki. Noce są magiczne. Nocą łatwiej przychodzą słowa i gesty, które wystraszyłoby światło dzienne. Mój mózg pracujący na pełnych obrotach nocą, rankiem nie może się dobudzić. I po co do mnie wtedy mówić? I tak nie zapamiętam. Albo gorzej, zdenerwuje mnie ten bełkot, i będę musiała warknąć :> Nie, nie jestem rannym ptaszkiem. Może dlatego tak uwielbiam wszelkie sowy? Identyfikuję się z nimi? Pewnie też dlatego, że są symbolem mądrości, a ja, wiecie, mądra jestem niesłychanie ;). W ciągu dnia chaos. Milion spraw do załatwienia. Pracapraniesprzątaniegotowanie. I zawsze gdzieś się spieszy. Gdybym tylko tak nie kochała spać. Mogłabym siedzieć nocami. Ale potem? Rano znów nie wstanę. I budzik zadzwoni, a ja nie usłyszę i wstanę 3 godziny później, wściekła na cały świat. Pół biedy, jeśli mam wolne, albo pracę na popołudnie. I ten post też chaotyczny, bo wymieszałam w nim dwa- o wenie i o tym, co robię gdy nie śpię. Oba wymyślone wczoraj w nocy.
Czy macie jakieś sprawdzone sposoby na sen? Jesteście sowami, czy skowronkami?
 

Wysyłam pozdrowienia sową pocztą, Madeleine.

Urodzinowo. Sernik z sosem malinowym.

diy, przepis na pyszny sernik na kruchym spodzie, sos malinowy

Dwa dni temu miałam urodziny. Ja wiem, że 24 lata to jeszcze MŁODOŚĆ, ale kiedy pomyślę, że został tylko rok i będę żyła na tym świecie ćwierć wieku, to już wcale nie jestem taka pewna :P... Lubię swoje urodziny. Uwielbiam, kiedy 2. grudnia pada śnieg, jak te 24 lata temu, gdy przyszłam na świat. Lubię dostawać wiadomości, kartki, prezenty, lubię gdy ludzie do mnie dzwonią z życzeniami, bo to wszystko czyni ten dzień wyjątkowym. W tym roku zrobiłam sernik z sosem malinowym. Wyszedł pyszny, więc podzielę się z Wami przepisem ;). Znalazłam go w necie, ale zmodyfikowałam go nieco. Chyba nie ma przepisu, który nie przeszedłby "obróbki" trafiając w moje ręce. Zaznaczam, że nie jest to żaden kremiasty tort, ani bardzo słodkie ciasto, bo tego nie lubię. Słodyczy można dodać poprzez dodanie większej ilości cukru do masy serowej, albo zastąpienie gorzkiej czekolady mleczną.

Uwaga, podaję składniki:

ok 200 g herbatników (14 malutkich paczuszek)
80 g masła 
tabliczka gorzkiej czekolady 
3 łyżki ciemnego kakao

1 kg twarogu (czyli jedno wiaderko)
około 1/3 szklanki cukru
1 cukier waniliowy
2 białka
1 czubata łyżka mąki ziemniaczanej 
maliny (mogą być mrożone)
cukier puder



Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni.W rondelku rozpuszczamy masło i czekoladę. Herbatniki kruszymy dość drobno na wyłożoną papierem do pieczenia blaszkę (29 cm, okrągła) (nie jestem pedantką w kuchni i kiedy nie muszę czegoś ucierać na bezgrudkową masę- nie robię tego. Dlatego spód mojego ciasta ma różnorodną, lekko chrupką fakturę, która- moim zdaniem- jest lepsza- niż gdyby powstała ze startych na wiór ciasteczek). Do herbatników wlewamy czekoladę z masłem i mieszamy. Masa nie musi być jednorodna, za to powinna zakrywać całe dno i ewentualnie boki (wtedy trzeba "dokleić" masę do boków blachy). Wkładamy blaszkę do zamrażarki. Ser ucieramy z cukrem białym i waniliowym, dodajemy białka, nadal ucierając, na końcu dorzucamy mąkę ziemniaczaną. Tu akurat masa powinna być gładka. Wylewamy ją na spód ciasta. Zmniejszamy temperaturę piekarnika do 120 stopni i dopiero wtedy wkładamy tam blaszkę. Sernik piecze się ponad godzinę (do 70 min). Po wyjęciu, studzimy ciasto, a potem wkładamy do lodówki. Do garnuszka wrzucamy garść malin (nawet zamrożonych), a po chwili zasypujemy je cukrem pudrem i mieszamy. Na garstkę malin wystarczy pół łyżki/ łyżka cukru.  Mieszamy od czasu do czasu i czekamy aż maliny i cukier połączą się w jedną lepką różową słodycz. Zimny sernik polewamy gorącym sosem i voila! 
Smacznego :).

czekoladowe ciasteczka na spodzie, maliny, sernik

I jeszcze zdjęcie moich prezentów, bo lubię się chwalić :P. Były jeszcze czekoladowe cukierki, poupychane w rękawiczkach, ale ich populacja znacznie zmalała :P...

 Jak widzicie, dostałam nową książkę Rowling. Już zaczęłam ją czytać. Nie znacie dnia, ani godziny, kiedy pojawi się recenzja :P...

 Lubię Enej. Mają mega pozytywne piosenki, z domieszką folku i ska- a to kocham :). Tak się złożyło, że dwa dni przed moimi urodzinami byli w centrum handlowym. I mój biedny dorosły mąż, stał pomiędzy tymi wszystkimi małolatami, żebym miała autografy wszystkich z zespołu :D.


 A gratis Czarnuszka, która boi się termoforowej sowy, szczególnie, gdy ta przemawia przez jej panią: uhuuuuuhuuuuu!
Bisous, Madeleine. 

czwartek, 22 listopada 2012

Przyjaźń

 https://www.facebook.com/AnnaBorowiczPhotography?ref=ts&fref=ts


Z przy­jaźnią spra­wa nie jest ta­ka pros­ta. Długo i z tru­dem się ją zdo­bywa, ale kiedy się już przy­jaźń po­siadło, nie sposób się od niej uwol­nić, trze­ba sta­wić czoła.  
  A. Camus

Na męsko- męskiej przyjaźni nie znam się ani trochę. Zresztą faceci raczej mówią "mój kumpel", niż "mój przyjaciel" (a już na pewno nie "psiapsiółek od serca" :D). Na przyjaźni damsko- damskiej i damsko- męskiej znam się za to bardzo dobrze. Mam kilkoro (no dobra, czworo) wspaniałych przyjaciół (wśród ludzi, bo dziś nie o zwierzętach). Każdą z tych osób znam kilka lat, z każdą mam mnóstwo cudownych wspomnień. Nie wiem, jak oni to robią, ale zawsze wyciągają ode mnie wszelkie informacje, których wcale nie chcę im mówić :P. I dochodzi do tego, że znają mnie lepiej niż ja sama i prawie tak samo dobrze wiedzą, co siedzi w mojej głowie. Doradzają mi w różnych sprawach. Czasem mówią "a nie mówiłam?!", co wkurza mnie nieziemsko, bo nie lubię nie mieć racji. Nie ma wśród nich osoby, która byłaby cicha i spokojna, więc może dlatego zdarzają się zgrzyty. Ale burze (z piorunami lub bez) zdarzają się w każdym związku, bo przyjaźń to również związek, right? Lubię z nimi przebywać. Mogę być przy nich sobą, nie muszę udawać- zresztą, zaraz by to wykryli. Wystarczy, żebym w złym nastroju wysłała smsa- dla postronnej osoby całkiem zwyczajnego- a już jest odpowiedź "Mad, co się dzieje?". Uwielbiam rozmowy z moim lubelskim promyczkiem, które aż kipią nonsensem. To, że gdy tylko ją widzę, od razu dostaję głupawy i śmieję się nawet na horrorach. Z nią też mogę ciągle mówić o zwierzętach. Ma nieskończone pokłady energii i pozytywnego myślenia. I choć czasem mnie dręczy, bo "nigdy nie miała młodszej siostry", to nie zamieniłabym jej na żadne dobro materialne! Jedyną osobę płci męskiej z tego grona znam od gimnazjum. Wtedy potrafiliśmy przegadać przez telefon kilka godzin bez przerwy (bo za moich czasów, to jeszcze były stacjonarne, z darmowymi wieczorami i weekendami!) i leżeć na ławce w centrum miasta, zastanawiając się "dlaczego niebo jest niebieskie?". Z nim udaję, że nagrywam film, głośno śpiewam piosenki w czasie Postu (a może Adwentu?), śmieję się do bólu brzucha i rozmawiam o sensie życia ;). I niechby ktoś przy mnie spróbował zdementować "mit" o przyjaźni męsko- damskniej!
Może to nietaktowne, ale potrafiłabym moich przyjaciół uszeregować miejscami- od tych, z którymi dogaduję się lepiej do tych, z którymi dogaduję się nieco gorzej. Ale wszyscy byliby na podium, bo u mnie podium ma cztery miejsca. Pomyślałam sobie, że to trochę tak, jakbym faworyzowała lalki w dzieciństwie. Miałam kilka ulubionych, a wśród nich tę najulubieńszą. I z tą najulubieńszą miałam niedawno mini- sesję, autorstwa, oczywiście, Anny Borowicz. Było zimno, trochę mglisto, ale z nią. To moja najlepsza przyjaciółka. To ona wie o mnie wszystko, wypowiada moje myśli, zanim ja to zrobię, to ona rozgrzesza mnie z moich złych uczynków, a czasem nawet źle czyni razem ze mną :>. A najfajniejsze, że to do mnie przychodzi, by podzielić się swoimi radościami i smutkami. Jest mediatorem pomiędzy mną a naszą trzecią przyjaciółką, z którą- ze względu na naszą porywczość- czasem mamy spięcia ;). W tej trzeciej cenię głównie poczucie humoru. Ma zdolność do rozbawienia mnie jednym zdaniem :). Swoim sarkastycznym podejściem do siebie i życia potrafi mnie totalnie- pozytywnie!- zszokować. Ona pierwsza zwróci mi uwagę, jeśli coś zrobię nie tak. Ma dużo pomysłów, tylko potrzebuje motoru do ich realizacji. A we trzy- jako MJM- jesteśmy niepokonane ;). Teraz parę zdjęć z J. Podobają mi się, są takie "nasze".






Pięknymi zdjęciami kończę ten post i czekam na Wasz głos w sprawie przyjaźni. Co w niej cenicie, czy w ogóle jest dla Was ważna? Wierzycie w przyjaźń między osobami innej płci?
Buziaki, Madeleine.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Po dupie (nie ogarniam).

Po dupie mnie trzeba sprać, bo choć tyle czasu minęło, to nie pisałam. Nic. W moim życiu bardzo dużo różnych zawirowań, w mojej głowie mętlik. Litery, słowa i zdania uciekają z czaszki, przez uszy. I zostaje pustka. Słabo żyć z pustką w głowie, muszę się ogarnąć. Tak więc na ogarnięcie piosenka. Artystka, która mnie irytowała swoją poprzednią (?) płytą, teraz do mnie przemawia. Podejmuje tematy kontrowersyjne i choć z częścią jej poglądów się nie zgadzam (ja za Polskę przelałabym krew i mam nadzieję, że kiedyś urodzę syna- albo lepiej córkę :P), to doceniam jej twórczość, to, że mówi o ważnych sprawach, że wypowiada się w imieniu wielu osób, które czują to samo. Na mój humor idealna jest "Nie ogarniam". Zostawiam Was z tą piosenką i obiecuje pisać WIĘCEJ, choć czasu będzie raczej mniej- zaczynam nową, dość wymagającą pracę ;).







Ps. Mam przerwę w fitnessie, bo... zrobiłam tatuaż ;). Goi się i nie mogę robić wielu rzeczy przez to :>. Najgorsze, że będę musiała jeszcze raz "umierać" z bólu, bo poprzednio nie dałam rady wytrzymać więcej niż 1,5 godziny i trzeba go dokończyć. Ale to niiiic- jak mówi moja Iza- myślę, że będzie warto. Zdjęcia będą, ale po 8.12 ;). Tylko jak ja tyle czasu bez fitnessu wytrzymam, ehhhh....

Buziaki, M.

piątek, 26 października 2012

Kocham ekologię! Część III: o papierze (nie papieżu).

Jest MILION sposobów na to, by oszczędzić drzewa. No to teraz wymieniaj, tak :D? Nie będę wymieniać miliona, bo... chyba nie mam tyle czasu ;)... Nie każę Wam też przypinać się łańcuchami do drzew, są mniej bolesne metody. Postaram się podać najprostsze rozwiązania, dzięki którym każdy może być bardziej eko.

1. Drukuj obustronnie! Ja wiem, wiem, to wymaga "kliknięcia" w zaawansowanych, a czasem nawet poszukania tej opcji, bo jest nieźle ukryta- ale warto, zużyjemy dwa razy mniej kartek.
2. Używaj papieru z recyklingu- zarówno do drukarki, jak i do d... toaletowego ;). Są notesy z papieru z recyklingu, ekologiczne wizytówki- opcji jest wiele i każdy znajdzie coś dla siebie.
3. Nie używaj oleju palmowego! A co to ma wspólnego z ochroną drzew? A no ma całkiem sporo. Olej palmowy tłoczony jest z owoców i zmielonych nasion palmy oleistej. Jest tańszy, łatwiejszy w produkcji, z palm można szybko wytłoczyć dużo większe ilości oleju, niż z innych roślin oleistych. Dlatego też, pod plantację palm, wycinane są inne drzewa, ogromne ilości. Przykre. Szczególnie, że olej palmowy, to ZŁO. Podczas obróbki termicznej, traci wartości odżywcze. Olej ten sprzyja cukrzycy i otyłości. Powiecie: ok, przecież ja używam oleju rzepakowego/ słonecznikowego. Mało kto jest świadomy, gdzie ten podstępny zatykacz żył się ukrywa... Najtańsze margaryny najczęściej mają w sobie olej palmowy (zwany też tłuszczem roślinnym utwardzanym). Warto też zwrócić uwagę, jaki tłuszcz znajduje się w składzie batoników, ciastek, czy mrożonek. Zdrowej dla nas- zdrowiej dla Planety!
4. Mówiłam już o książkowym recyklingu- wypożyczaj książki z biblioteki, wymieniaj się nimi ze znajomymi w realu, albo internecie (na forach internetowych).
5. Segreguj śmieci. Papier i kartony wrzucaj do specjalnych kontenerów, lub zbieraj makulaturę.
6. Nie używaj plastikowych jednorazówek. Jest tyle boskich toreb płóciennych, we wszystkich wzorach i kolorach! Aż wstyd chodzić z takim plastikiem ;). Jeśli już używasz jednorazówek, niech będą... wielorazowe. Niezależnie od tego, na którą opcję się zdecydujesz, wybierając się na zakupy, zabieraj siatki ze sobą- unikniesz wielokrotnego kupowania plastikowych siateczek.
7. Śledź projekty wspierające edukację ekologiczną w szkołach, a także te, których celem jest sadzenie nowych drzew, np: http://plantatree.pl/  http://www.posadzdrzewo.pl/#/home .


Peace (green)!

M.

wtorek, 16 października 2012

Czym urzekła mnie Łódź?



Właśnie wróciłam ze szkolenia. Tak się złożyło, że centrala firmy, w której pracuję ma swą siedzibę w Łodzi. W tym mieście byłam kilkakrotnie, jednak moje „bycie” ograniczyło się do przejazdów z dworca Łódź Kaliska- Łódź Fabryczna i na odwrót. Nie byłam nastawiona zbyt pozytywnie  do miasta z szalupą w herbie, które to miasto kojarzyło mi się głównie z brzydotą nieprzeciętną. Jasne, jest Manufaktura, Piotrkowska, Filmówka, itd., ale… ale to nie Wrocław, czy Kraków- miasta, które zawsze mnie urzekają. Nie pojechałam jednak z wrogim nastawieniem i zaraz po wyjściu z pociągu (na dworcu Łódź Choiny) humor poprawił mi się tak znacznie, że trzymało mnie następne dwa dni :D. Nie, nie zostałam niczym na tym dworcu poczęstowana :P. Po prostu, kiedy już usadowiłam się w tramwaju, spostrzegłam MILION najróżniejszych komunikatów - np.  Podczas jazdy trzymać się rury, Kierowcy zabrania się rozmów z pasażerami, Zakaz spożywania posiłków, Ustąp miejsca starszym, itd., itd. Powiecie: nic nadzwyczajnego. Owszem, nic, jeśli widzi się takie informacje pojedynczo. Ale kiedy w tramwaju jest aż żółto od nakazów i zakazów, zaczyna robić się wesoło :D. Okazuje się, że Łódź miała akcję (nie wiem, czy jednorazowo) rozwieszania tzw. wlepek (czy raczej vlepek), i to, co widziałam w pierwszym tramwaju, to jeszcze nic… bowiem można się natknąć na takie cuda, które informują pasażerkę, że w tym pojeździe wygląda jeszcze lepiej, lub co należy uczynić w przypadku ataku gołębia. Mój pobyt, oczywiście, upłynął pod znakiem wyszukiwania kolejnych perełek, i tak znalazłam np: TANIE PIWO, wyświetlające się i migające na sklepowym szyldzie, a potem TANIE SPANIE (którego zresztą doświadczyłam w hotelu ;)). Zastanawiałam się, czy gdzieś w okolicy są też tanie… panie :D. Nie musiałam długo czekać, bo następnego dnia na wielkim telebimie widziałam panią tańczącą na rurze (ale nie tej tramwajowej, której należy się trzymać podczas jazdy)- tylko nie wiem, czy ona była tania… Widziałam też  kilka instrukcji obsługi toalety- aż się boję pomyśleć, o czym może to świadczyć :>. No i….. psy w restauracji- jeden nawet siedział przy stoliku! To mi się podobało chyba najbardziej :P. Ach, i Manufaktura. Połączenie nowości i tradycji. Urzekła mnie całkiem. Nie chodziłam po sklepach, bo centra handlowe są wszędzie. Podziwiałam ją z zewnątrz- obeszłam dookoła, nie mogąc się nadziwić nad niesamowitością tego molocha. Z wrażenia zgubiłam szalik. Zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia gdzie i kiedy to się stało. W Łodzi z jednej strony widzi się mnóstwo rozpadających się budynków, szarych i odrapanych. Z drugiej- pięknie odnowione (bo wykupione) kamienice. Jest też nowoczesna fontanna przypominająca usta, a przez mieszkańców zwana Vaginą :D. Nonsens goni nonsens, jest cudnie!


 źródło: www.wiocha.pl

 
 
źródło:  http://uwolnijmysli.pl/


 
 źródło:  http://uwolnijmysli.pl/

Polubiłam to miasto. Szkoda tylko tych zrujnowanych kamienic, bo Łódź wydaje się być miastem z ogromnym potencjałem, ma wiele pięknych budynków, mnóstwo uczelni i -sądząc po vlepkach- całkiem sympatycznie nonsensownych mieszkańców ;). Nonsensownych pokręconych snów, moi drodzy :).
PS. Na terenie tramwaju obowiązuje wyraz twarzy!

sobota, 13 października 2012

Wyzwanie fitness, ciąg dalszy



Ostatnio mam szczęście do zastępstw na fitnessie. W środę zumby nie prowadziła Kubanka Regla Maria (a szkoda, bo na pewno byłoby hot :D), tylko jej uczennica. Wczoraj, zamiast Wioli, której zajęcia uwielbiam, też była inna dziewczyna. Dlatego też ani na jednych, ani na drugich zajęciach nie zmęczyłam się tak, jak np. w poniedziałek (w środę rano miałam problem z dojściem do pracy przez zakwasy :D). Było w porządku, choć zdecydowanie wolę zajęcia bardziej intensywne, z większą ilością szaleństwa i z mniejszą dozą latino, które było wczoraj. Za to bardzo pozytywnie odbieram energię większości instruktorów zumby. I zawsze zastanawia mnie, skąd oni biorą te wszystkie okrzyki w stylu pupa HOP!, tarararaa!, puuuuuuuuu, itd. :D. Wprawia mnie to w doskonały nastrój :D. Tak czy siak, zajęcia w piątek niespecjalnie mnie zmęczyły, dlatego też zostałam na drugiej godzinie zajęć- a że byłam w towarzystwie koleżanki, perspektywa ta wydała nam się bardzo dobrym pomysłem. Zostałyśmy na gimnastyce odchudzającej, prowadzonej przez szefową klubu. Było dobrze- typowy fitness, z dużą dawką ćwiczeń na brzuch, uda i pośladki. Podziwiam instruktorkę, która mimo wyciętej ósemki przyszła poprowadzić zajęcia- niezły hart ducha ;). Gorzej, że kiedy zorientowałam się, że minęła DOPIERO połowa zajęć, już miałam dość, a najgorsze było dopiero przede mną :D. Leżąc na macie i wykonując jedno z ćwiczeń, w mojej głowie kołatała się jedna myśl „!@#$%^&*, kiedy będzie zmiana nogi?!” :D. Najgorzej, że widziałam też Anię, która miała bardzo podobną minę do mojej :P. Jakby tego było mało, w całej sali pachniało cynamonem. CYNAMONEM, na fitnessie! Nie wiem, czy to odświeżacz powietrza, czy jakaś kobieta miała takie perfumy, ale bardzo mnie ten fakt zadziwiał i koniecznie musiałam podzielić się tym z koleżanką, która za każdym razem mówiła „Co?! W ogóle cię nie słyszę!”, a ja musiałam powtarzać tyle razy, że robiło się coraz bardziej zabawnie :D. W końcu, jak już zorientowała się, o co mi chodzi, to stwierdziła, że ona nic nie czuje, a ja wyszłam na nienormalną, która nawet podczas fitnessu myśli o szarlotce. Mój Boże. Na szczęście ostatnio nie mam aż takiej ochoty na słodycze, jak zwykle ;). Szkoda by było zmarnować te wszystkie godziny ćwiczeń, obżerając się czekoladą :>.


 Za godzinę idę potańczyć- też do klubu, tyle, że studenckiego, na imprezę w stylu lat 60’80’90. A przed chwilą zdałam sobie sprawę, że w poniedziałek nie będzie zumby, bo mam szkolenie. Eh, głupia praca :P. Życzę Wam miłego weekendu i na koniec zarzucam piosenką, która bije rekordy popularności, a mnie wprawia w nastrój co najmniej śmieszny :D.... Tak, tak, do tego też się tańczy na zumbie :P...
Eeeeeeee, sexy lady!
 źródło: youtube.com

poniedziałek, 8 października 2012

Wracam do FORMY!

Trochę z niej wypadłam. Dawno nie byłam na fitnessie, więc moja forma może mieć mi do zarzucenia, że trochę ją zaniedbałam. Nigdy nie miałam nadwagi, ale kiedy widzę, że kolejne spodnie są coraz bardziej opięte mówię: DOŚĆ :D. Uwielbiam ćwiczyć, ruszać się, totalnie się zmachać, najlepiej w jakiś przyjemny sposób ;). Jedną z moich ulubionych form spalania kalorii jest fitness. Mieszkałam w różnych miejscach i w różnych miejscach się "fitnessiłam" :P. W Lublinie miałam swój klub, najulubieńsze zajęcia i instruktorów. Na Śląsku też trochę pozwiedzałam. W grudniu zeszłego roku dostałam karnet na urodziny od znajomych. Najlepsze, że mojej przyjaciółce dali kasę- mi nie, bo bym na pewno roztrwoniła pieniądze :D. Urodziny urodzinami, a karnet leżał, kłując mnie w oczy. W końcu, wybrałam się do FORMY- klubu fitness dla kobiet. Najpierw poszłam na zajęcia Fat burning (teraz to już Slim line ;)), bo prowadziła je moja znajoma. Niezły dawała wycisk, a jej hasła "Boskie pośladki na plaży!!!!!!!!" były bardzo motywujące :D. A potem trafiłam na zumbę. Byłam już kilka razy wcześniej, w Lublinie, ale instruktorzy niespecjalnie przekonali mnie, że warto... No i trafiłam na zumbę do Formy. Po pierwszej takiej "sesji" z boską energetyczną Wiolą było mi......... niedobrze :D. Ze zmęczenia. Dała mi tak popalić, że .... stwierdziłam, że nie odpuszczę i będę ćwiczyć tak jak stałe bywalczynie (musicie wiedzieć, że zumba to stałe układy choreograficzne do określonych piosenek- jak już się nauczysz i zaczynasz "wymiatać", to masz niesamowitą satysfakcję). Tak się wciągnęłam, że zostawałam na drugą godzinę zajęć. I tak zleciało kilka karnetów, ale w pewnym momencie nie doładowałam na nowo, bo wyjeżdżałam, miałam ostatnią w życiu sesję, zaczęłam nową pracę, późno wracałam do domu i... miałam jeszcze milion IDIOTYCZNYCH powodów, dla których przez pewien czas "olałam" fitness. Oczywiście, znalazłam sobie inne formy ruchu- bieganie z psem, czy basen, ale nic nie daje mi takiego kopa, jak aerobik. So I'm back. Dziś byłam pierwszy raz po dłuższej przerwie. I jestem tak pozytywnie naładowana energią, że mogłabym góry przenosić :D! Zajęcia w poniedziałki prowadzi Radek, który wcześniej był głównie na zastępstwo. Cieszę się, że jest już na stałe, bo ma w sobie tyle pozytywnego "pierdolca", że nie można się tam nie wygłupiać razem z nim :P. A ja się wygłupiać lubię! I powiem Wam, że aż z formy nie wypadłam, bo jak już się rozkręciłam, to mogłabym tańczyć jeszcze ze 2 godziny :P. (taaaa... zobaczymy jutro :D) Postanowiłam sobie, że dodatkową motywacją- poza samym karnetem i fitnessem- będzie opisywanie Wam, jak idzie mi powrót do formy- opiszę Wam zajęcia, jak się po nich czuję, jakie są efekty. Długo zastanawiałam się, czy Wam podawać jakiekolwiek liczby- na pewno byłoby ciekawiej :D. Ale... nie wiem, gdzie mam miarkę, a do wagi muszę kupić nową baterię, więc... może później :P. Zumbę mam 3 razy w tygodniu, za każdym razem z kimś innym. Są też inne zajęcia i w miarę możliwości czasowych zamierzam je wypróbować :>. Tutaj stronka Formy, gdybyście chcieli dowiedzieć się więcej: http://www.forma.mikolow.pl/ .
A na koniec.........:

źródło: www.demotywatory.pl

Dobrej nocy :).
M.

wtorek, 2 października 2012

Kocham... ekologię! Część II: moda.



Jakiś czas temu pisałam o konieczności oszczędzania wody. Dziś trochę inne spojrzenie na ekologię. Będzie dotyczyło recyklingu, ale… modowego (między innymi)! Czasy, kiedy ubieranie się w lumpeksach było uważane za obciach- już dawno minęły. Mamy zatrzęsienie sklepów z używaną odzieżą. I choć, według mnie, ciężko jest znaleźć taki, w którym ciuchy nie są zwykłymi szmatami do wycierania podłóg, to warto poszukać second handów z prawdziwego zdarzenia. Tam ubrania są trochę droższe, ale za to możemy wynaleźć prawdziwe perełki! Nie raz trafiają się rzeczy całkiem nowe, z metkami, „firmówki” niedostępne w Polsce. A przede wszystkim, mamy gwarancję, że zdobędziemy coś jedynego w swoim rodzaju, a co za tym idzie, nie dostaniemy ataku furii, kiedy zobaczymy identycznie ubraną osobę idącą ulicą (niedawno widziałam dziewczynę w takiej samej sukience- dobrze, że byłam w pracy i nie słyszała z zza szyby moich słów :P). Ja lubię second handy. Pod warunkiem, że nie szukam czegoś konkretnego- bo tak jak w „normalnych” sklepach, rzadko kiedy wychodzę z dokładnie wymyśloną przez siebie rzeczą… Dobrym pomysłem jest też kupowanie ubrań na aukcjach w internecie. Wtedy mamy większą pewność, że ubranie było noszone przez jedną osobę. Z drugiej strony, nie można przymierzyć- jednak sprzedawcy zwykle podają dokładne wymiary ubrań, zresztą cena często jest tak niska, że można zaryzykować. Chyba najbardziej opłaca się kupować w ten sposób ubranka dla dzieci. I w ciuchlandach i na aukcjach można znaleźć cuda za grosze! Pytacie „No dobra, ale co to ma wspólnego z ekologią?” A no ma i to całkiem sporo. Puszczając używane rzeczy w ponowny obieg- czy to kupując, czy sprzedając- zmniejszamy ilość odpadów- a uwierzcie, że tych jest i bez naszego udziału całkiem sporo.
 Jak już wiecie, uwielbiam czytać. Książki głównie wypożyczam- głównie dlatego, że gdybym miała kupować tyle, ile ich pochłaniam, wydawałabym zdecydowanie za dużo ;). Chcąc, nie chcąc, dbam o środowisko- pośrednio nie przyczyniam się do wycinania kolejnych drzew. Dlatego też w poszukiwaniu książek, zajrzyjcie do biblioteki, znajomych, komisów, czy antykwariatów. A jeśli już mowa o antykwariacie, miejsca te zdecydowanie mają duszę. Mnie się marzą stare meble, pamiętające niesamowite historie i opowiadające je tym, którzy chcą posłuchać. Taka ekologia jest w dodatku ekonomiczna J.
Słuchajcie, ja nie mówię, żeby kupować tylko i wyłącznie stare rzeczy, bo nie o to chodzi, ale może czasem warto pomyśleć o środowisku? Nie chcecie ubierać się w second handach? Nie ma sprawy- zróbcie coś odwrotnego. Zamiast wyrzucać miliard ciuchów, które zalegają w Waszej szafie, puśćcie je w obieg- sprzedajcie, albo oddajcie potrzebującym (PCK, albo przyjaciółce, która uwielbia tę granatową sukienkę, w której i tak nie chodzisz ;)). Każdą z wymienionych rzeczy można kupić nową, ale… zrobioną z materiałów „zrecyklingowanych”. Pamiętajcie- ekologia jest teraz w modzie, firmy chcąc zadbać o swój wizerunek, wychodzą naprzeciw wymaganiom Zielonych ;). Zużywają mniej chemii do produkcji swych ubrań, za to więcej materiałów pochodzących z recyklingu. Niektóre firmy podjęły wyzwanie Detox, narzucone im przez Greenpeace. Informacje o programie i firmach, biorących w nim udział znajdziecie na stronie: http://www.greenpeace.org/international/en/campaigns/toxics/water/detox/ .

poniedziałek, 1 października 2012

Pianista



 Jakoś mało książek na tym moim blogu, zważywszy na jego tematykę. To nie tak, że nic nie czytam. Właściwie nie ma dnia, żebym nie miała książki w rękach. Kończąc jedną, zaczynam drugą. Ostatnio jednak czytałam kolejną część pewnej sagi. Chciałabym ją skończyć, zanim o niej tutaj napiszę. Chyba powinnam pisać o książkach, które już czytałam, ale jakoś wolę to robić „na gorąco”. Dziś o Pianiście.
 
 źródło:http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/272799,Syn-Szpilmana-walczy-o-dobre-imie-ojca
 

            Nie ma chyba osoby (a jak jest, to koniecznie musi to nadrobić!), która nie widziała tego akurat filmu Romana Polańskiego. W sposób niesamowicie obrazowy przedstawia wojenne losy Władysława Szpilmana. Film widziałam kilka lat temu, na książkę trafiłam dopiero niedawno. Nie będę pisać, o czym jest- bo przecież na jej podstawie nakręcono film, więc chyba każdy wie. Mogę tylko napisać, że ekranizacja dość dokładnie obrazuje dzieło literackie. Co odróżnia książkę od filmu? Na końcu znajdują się fragmenty pamiętnika Wilma Hosenhelfa (to ten kapitan Wehrmachtu, który pomagał Szpilmanowi). Mamy tam spojrzenie niemieckiego żołnierza na II wojnę światową i sprawę Holocaustu. Ale nie jest to Niemiec wycięty z szablonu rysowanego przez Hitlera i jego popleczników. To sylwetka mądrego, dobrego człowieka, który trzeźwo ocenia sytuację, wstydzi się za swój naród i wie, że kiedyś przyjdzie za to zapłacić- a będą to odczuwać jeszcze kolejne pokolenia. Film zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Wiedziałam, czego spodziewać się po książce, ale jednak w dalszym ciągu przeżywałam każdy niesamowity cud, który wyrywał naszego pianistę z rąk Śmierci. Szpilman pisał książkę zaraz po wojnie- na początku, oczywiście nikt nie chciał jej wydać, przeszła mnóstwo cenzur, by po wielu wielu latach trafić w swej pierwotnej wersji do kolejnych pokoleń. Okraszona została wstępem syna sławnego pianisty. Przez fakt, że książka była napisana zaraz po zakończeniu wojny, wszystko jest tam bardzo dokładne, jednak ma się wrażenie, że w pewien sposób książka jest „odczulona”, że nie ma tam aż takich emocji, których można by się spodziewać. Może Szpilman był jeszcze w zbyt dużym szoku? Albo właśnie spisanie wspomnień było próbą poradzenia sobie z tak strasznymi przeżyciami. Dużo czytam o okupacji i o Holokauście. Interesuje się tym. Każda książka równie mocno mnie przeraża. Chyba nigdy nie zrozumiem… dlaczego. Po prostu dlaczego. Dlaczego Żydzi? Dlaczego Słowianie? Dlaczego… w ogóle? Jak można zadecydować o cudzym być albo nie być? I jak można żyć po czymś takim? Z piętnem ofiary lub z piętnem kata. Albo z drugiej strony: jak, znając historię można w obecnych czasach mówić, że Polska nie jest wolna? Ciężko tego słuchać.
Chciałabym wierzyć, że historia nie toczy się kołem, nie w tym przypadku. Że już nigdy przenigdy nikt nie urządzi piekła na ziemi. Że żaden naród nie będzie zabijał w imię … no właśnie, w imię czego? Koloru skóry, włosów i oczu? Prostego nosa? Dźwięków mowy? Ale potem słyszę, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, w Chinach, czy w Afryce. I choć, nie są to zbrodnie na tak wielką skalę, choć nie jest to część Wielkiego Planu, to i tak wiem, że moje mrzonki o pokoju na świecie są jak puste słowa kandydatki na Miss Uniwersum. Pozostaje mi wierzyć, że kiedyś ludzie się otrząsną.

 Na koniec dołączam filmik, który swoim powstaniem wywołał straszne zamieszanie... wszędzie. Budzi on wiele kontrowersji, ale i wiele pozytywnych odczuć A jakie jest wasze zdanie na ten temat? Czy taka adoracja życia jest w porządku, gdy  tak wiele osób nie przeżyło? Myślę, że ten film to nie jest zwykła produkcja, to znaczy wiele więcej. Spodobało mi się zdanie w podpisie pod filmikiem "This men has been blessed by God, LET HIM DANCE"

piątek, 28 września 2012

Chałka drożdżowa


Uwielbiam wszelkie drożdżowe wyroby. Pieczywo, ciasto, chałki, pizzę... Smak maślanych bułeczek i rogali z makiem posmarowanych masłem kojarzy mi się z drugim śniadaniem w szkole podstawowej (oczywiście miałam piękny FIOLETOWY pojemnik śniadaniowy :D). Teraz masła nie jadam, ale nadal uwielbiam odrywać paluszkami po kawałku plecionych bułeczek... Mmmm... Jeśli chodzi o chałki, to ciężko dostać idealną. Dla mnie albo są za słodkie, albo zupełnie niesłodkie i "chlebowe", co chałce nie przystoi! Dlatego też postanowiłam wypróbować i połączyć kilka przepisów i stworzyć CHAŁKĘ IDEALNĄ!!! W moim przekonaniu chałka jest naprawdę dobra, ale jeśli chcecie sprawdzić, musicie sami ją upiec (ewentualnie przyjść do mnie na chałkowe śniadanie/ podwieczorek ;)). Ja robię 4 średnie chałki. Możecie zrobić 2 duże, albo 6 małych- it's up to you ;). Żeby już nie rozwodzić się nad genezą przepisu, po prostu go podam.



Potrzebne są:

3/4 kg mąki
3/4 szklanki mleka
4 łyżki cukru
60 gram drożdży
2 jajka
łyżeczka soli
6 łyżek wody
4 łyżki roztopionego masła

Zadbajcie o to, by drożdże i jajka były w temperaturze pokojowej.
Do kubka wrzucamy pokruszone drożdże, zasypujemy je 2 łyżkami cukru, odstawiamy w ciepłe miejsce, by się rozpuściły (zajmuje to krótką chwilę). Do misy przesiewamy mąkę, robimy wgłębienie, wrzucamy tam rozpuszczone drożdże, zasypujemy resztą cukru i zalewamy ciepłym mlekiem. Kiedy zaczyn będzie nam pracował, rozpuszczamy w rondelku masło i zostawiamy do ostygnięcia. Potem w maśle roztrzepujemy jajko, dodajemy do mąki z rozczynem, dorzucamy sól i wodę.Wyrabiamy ciasto, aż będzie nam odchodzić od rąk, odstawiamy w ciepłe miejsce, aż wyrośnie i podwoi swą objętość. Potem dzielimy ciasto na cztery równe części (chyba, że chcemy mieć dwie duże chałki, to na dwie), a każdą z nich na trzy- to będą części warkocza. Zaplatamy tak, jak warkocz we włosach, smarujemy żółtkiem. Odstawiamy na ok 15-20 minut na blasze- wysmarowanej, albo wyłożonej papierem do pieczenia Jeśli chcecie by Wasze chałki miały kruszonkę, posypcie je nią przed włożeniem do piekarnika ;). Kruszonkę robi się z mąki, cukru i masła w proporcji 2:1:1. Cukier puder najłatwiej się łączy z mąką i masłem, ale ze zwykłym cukrem kruszonka jest tak samo pyszna. Do miski wrzucamy cukier, mąkę i pokrojone w kosteczki masło i szybko ugniatamy- tak, żeby porobiły się grudki. Kiedy (posypane) chałki znów nam urosną, wrzucamy do piekarnika nagrzanego na 180 stopni na ok 20 minut. Można podawać z czym się chce ;).
Smacznego, Madeleine.







czwartek, 27 września 2012

Tatuaże.

Lubię je. Nie wszystkie i nie u każdego, ale lubię. Jeśli komuś pasują, to czemu nie? Jasne, to coś co zostaje na całe życie, trzeba się więc naprawdę dobrze zastanowić, czy ptaszek Tweety będzie nas tak samo bawił za 40 lat ;). No i chyba nigdy nie wytatuowałabym sobie czyjegoś imienia- nigdy nic nie wiadomo ;). Nie lubię tez tribali, ani "więziennych" tatuaży na dziewczęcych ramionach. Ja, na razie mam jeden „ogromny” tatuaż- papryczkę chili na nadgarstku (widać go na jednym z indiańskich zdjęć), ale od jakiegoś czasu planuję kolejny. Mam bardzo dużo pomysłów, ale nie chcę ich wszystkich realizować, bo mogłoby się okazać, że zostało mało „gołego” ciała ;).


Zdecydowałam się na motyw z Alicji w Krainie Czarów. Lubię tę opowieść- dziś czytałam ją po raz kolejny. Książka ma bardzo dużo motywów, które są inspirujące: karty, Biały Królik, uśmiech Kota- Dziwaka, buteleczki i ciasteczka. Ale ja zdecydowałam się na zegar. Taki kieszonkowy oldschool, który wskazywał Królikowi, że jest spóźniony. Zegar ogólnie jest wdzięcznym motywem, jeśli chodzi o tatuaże. Nie znalazłam jeszcze wzoru, który byłby dokładnie taki, jaki bym chciała, ale mam zamiar połączyć kilka. Przy zegarze ma też być cytat z Alicji. Ten pomysł pojawił się wcześniej niż zegar, ale zamierzam je połączyć. Baśń cała składa się z niesamowitych cytatów- dużo jest o szaleństwie, czasie oraz o nonsensie- czyli tym, co lubię najbardziej ;). Ponieważ muszę zgrać oba motywy, zastanawiam się nad dwiema (głównie) opcjami:
  1. zegar, z „opadającymi” cyframi i tekst: If I had world on my own, everything would be nonsense.
  2. zegar z rzymskimi cyframi (na swoim miejscu ;P) i tekst: It's no use going back to yesterday, because I was a different person then.
 Pierwsza opcja kusi mnie dlatego, że uwielbiam absurdy. Taki humor, rozmowy, sytuacje, ludzi… Druga jest sama w sobie mottem- a ostatnio mam silną potrzebę wyrażania przemijalności, chwytania chwil, itd. ;). Jak już zatwierdzę ostateczną wersję, to na pewno pochwalę się tatuażem ;).

 Jeszcze tylko kilka porad dla osób, które chcą zrobić sobie tatuaż:

  1. Przemyśl dokładnie, co chcesz mieć wytatuowane i czy w ogóle chcesz tatuaż. Nie rób tego tylko dlatego, że jest modne, czy bo ktoś od Ciebie tego oczekuje. Akurat z tatuażem wiążesz się (raczej) na całe życie ;).
  2. Starannie wybierz studio, gdzie będziesz się tatuować- poczytaj opinie w Internecie, popytaj znajomych, idź tam i porozmawiaj o swoich pomysłach, obawach (przy okazji rozejrzyj się, w jakim stanie jest studio- np czy jest czysto). Przy wyborze nie kieruj się tylko ceną, czy popularnością- wszystko ma swoje plusy i minusy. Lepiej trochę dłużej zbierać na tatuaż, ale być z niego zadowolonym. Z drugiej strony- mega drogi, strasznie popularny i oblegany salon w stolicy, wcale nie musi być lepszy od salonu w Twoim mieście. Nie płać za markę, tylko za talent, wykonanie, dobry sprzęt i satysfakcję.
  3. Jeśli nie masz 18 lat i Twoi rodzice nie zgadzają się na tatuaż, daruj sobie chodzenie do miejsc, gdzie nie wymagana jest zgoda osoby dorosłej. No, chyba, że jesteś ryzyk- fizyk i nie boisz się zakażenia żółtaczką.
  4. Pomyśl, czy tatuaż nie zaważy w przyszłości np na Twojej karierze - może ogromna czaszka z wężem, na ramieniu przedszkolanki nie jest do końca dobrym pomysłem ;)? Jeśli boisz się, że przez to możesz mieć kłopoty- zastanów się nad niewielkim tatuażem, który możesz zakryc.
  5. Zanim wytatuujesz COKOLWIEK, poproś o szkic na kartce. Zresztą, profesjonalista sam to zaproponuje.
  6. Tak, tatuowanie (się) boli. To w końcu szarpanie skóry igłą. Ale… Myślałam, że będzie gorzej. Wiadomo, są miejsca bardziej i mniej odporne na ból. Mój nadgarstek to pikuś, zważywszy na to, że następny prawdopodobnie zrobię na boku, na żebrach… W jednym z salonów powiedziano mi, że jest maść przeciwbólowa dostępna w aptece, którą stosuje się miejscowo przed tatuowaniem- może warto się nad tym zastanowić.
  7. Kiedy już zrobisz tatuaż, stosuj się do rad osoby, która go robiła. Każą smarować maścią łagodzącą?- smaruj. Zabraniają tarzać się w piasku?- jakoś musisz to przeżyć.
  8. Nie oszukujmy sę, że nasze cudo przetrwa w nienaruszonym stanie całe nasze życie. Oczywiście, jeśli wybierzemy porządne studio, gdzie używają dobrych barwników- na pewno utrzyma się dłużej. Ale tatuaże mają to do siebie, że blakną. Całkiem możliwe, że będzie trzeba je poprawić po dłuższym czasie, ablo… przerobić na coś innego, kiedy nam się znudzi ;).
  9. Tatuaż możesz usunąć. Ale podobno to boli bardziej, niż zrobienie tatuażu, więc… zastanów się porządnie ;).

    A Wy, lubicie tatuaże? Może macie jakieś? Chętnie "posłucham" jakie jest Wasze zdanie na ten temat i pooglądam małe arcydzieła :).

    M.

niedziela, 23 września 2012

Zdjęcia, zdjęcia!

Dziś krótki post. Tym razem nie będę dużo mówić- nowość :D. Chcę Wam pokazać zdjęcia autorstwa świetnej dziewczyny, Ani Borowicz. Tak się składa, że czasem jej pozuję. Poniżej efekty naszej wczorajszej współpracy- mam nadzieję, że Wam się spodobają. Żeby zobaczyć więcej zdjęć- moich i nie tylko ;)- wejdźcie na stronę http://prabobly.blogspot.com/ . Życzę udanej nocy i dobrego rozpoczęcia tygodnia (bo jutro poniedziałek, damn!).











Ps. Leżenie na gołej ziemi zdrowiu nie służy! Chyba coś mnie bierze...

piątek, 21 września 2012

Jak w kabarecie...

Tytułem wstępu: niestety, jak się nie jest na L4 i ma się pełnoetatową pracę, nie tak łatwo dodawać kilka wpisów tygodniowo. Obrona też dołożyła mi roboty. Nie mówiąc już o tym, że miałam problem z internetem. Nic nie chciało się ładować, ciągle mnie rozłączało... I z tym właśnie będzie się wiązał dzisiejszy, niemal nocny, post. 

źródło:  http://www.regiopraca.pl/

Nie mam czasu po powrocie z pracy odwiedzać dostawców internetu- o tej porze ryglują drzwi. Postanowiłam, że tam zadzwonię. Najpierw nie mogłam znaleźć numeru do biura obsługi- miałam jakiś zapisany w telefonie, ale obawiałam się, że to pozostałości po poprzedniej sieci. Potem na stronie- ładowała się w takim tempie, że zdążyłabym wymyślić kombinację tych kilku cyfr. Jak już je znalazłam (a nie było łatwo, gdyż numer nie figurował w zakładce "Obsługa klienta) i wybrałam, kazano mi naciskać na konkretny klawisz, dzięki czemu połączę się z odpowiednim działem. I jeszcze raz. Dwie lub trzy dwójki wystarczyły. Po dłuższym powitaniu i informacji, że rozmowa będzie nagrywana, usłyszałam "proszę przygotować hasło abonenckie". Zaklęłam siarczyście i rozłączyłam się. Wyciągnęłam umowę, próbowałam znaleźć na niej hasło, powiedziałam do siebie "jedenjedenjedenjedenkurwa" i zadzwoniłam znów. Ponownie kazano mi wybrać dwójki, poinformowano o nagraniu i zgłosił się pan o baaaaardzo przyjemnym niskim głosie i spytał w czym może pomóc. Określiłam sytuację- bardzo profesjonalnie- że WIDZĘ w statystyce, iż mam prawie zerową szybkość ładowania (dobrze, że nie dodałam, że to te żółte kreski....).
Na to Pan z ładnym głosem: Proszę przygotować numer telefonu karty, gdzie jest internet.
Ja :Yyyyyy....- No przecież na modem sobie nie dzwonię, żeby z nim pogadać! I dlaczego nie to hasło?!
Pan z ł. g.: To numer konta abonenckiego.
Ja: A czy jest to gdzieś na umowie?
Pan z ł. g.: Tak, jest.
Ja (po jakiejś minucie bezgłośnego wykrzykiwania przekleństw w słuchawkę): Bo ja mam tu trzy.... Jedną na telefon, jedną na internet i aneks do tego...
Pan z ł.g.: To może pani PESEL poda, będzie łatwiej?
Ja: TAK!- no bo to przecież pamiętam. Podaję pesel.
Pan:  Kto jest właścicielem tego internetu?
Ja (w myślach: no, a kto ma być?!): Podaję imię, a potem nazwisko. Potem jeszcze jedno nazwisko, bo nie wiem, które powinno być.
Pan: To pierwsze nazwisko... Proszę hasło abonenckie.
Ja- orientując się, że tamto, które wyszukałam jest z innej umowy: Mam tu same jedynki, ale chyba nie to?
Pan: No nie.
Odnajduję i podaję hasło.
Pan: I mówi pani, że internet wolniej chodzi
Ja: Mhmhmhmmm...
Pan z ł.g.: Jakie to miasto?
Podaję miasto, pan na to: A jakieś większe? (tym, to mnie zdenerwował :P). Podaję.
Pan: Dobrze, proszę teraz odpiąć modem i zrestartować komputer. Po operacji, którą wykonałem powinno być lepiej. Ale w razie czego, proszę iść do salonu i wymienić kartę na nową.
Ja, przeszczęśliwa, dziękuję mu za wszystko, robię to, co nakazał. I myślę... Czy on machnął czarodziejską różdżką, że od razu ma być w porządku? Odpalam komputer, internet. Szybkość ładowania prawie zerowa. Operacja, myślę. Dobrze, że chirurgiem nie jest. Ale po paru minutach, mój internet... ożywa! I strony ŁADUJĄ SIĘ! Przepraszam w myślach Pana z ładnym głosem i z tego wszystkiego kładę się spać dużo później, niż zamierzałam, a rano budzę się dopiero po wciśnięciu 4 (słownie czterech) drzemek. Ehhh... Jednak internet na równi z komórką zajmuje ważną pozycję na liście rzeczy, bez których nie umiem żyć...

Ps. Jestem magistrem z piąteczką na dyplomie! :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...