Nie jestem fanem piłki- nożnej, ani lekarskiej. Co najwyżej tej do chleba, jeśli dobrze kroi pieczywo. Piłeczki pingpongowe też nie są w moim faworytem. Wolałabym już tenisowe. Mini piłką do gry w piłkarzyki czasem uda mi się strzelić gola, ale tylko czasem, bardziej z przypadku- wrzeszczę wtedy jak głupia. A siatkówka? Cóż, moje najjaskrawsze wspomnienie to to, gdy dostałam zaserwowaną przez ucznia policealnej szkoły medycznej (mieli wf w naszym liceum w tym samym czasie, co moja klasa i w tej samej sali, wyobrażacie sobie to?!) prosto w tył głowy. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie fakt, że trzy tygodnie spędziłam w domu, na początku nie mogąc za bardzo wstać, oglądać telewizji, siedzieć przed komputerem, ani nawet czytać!
Nie umiem serwować, ze sportów to w ogóle wolę indywidualne niż grupowe (choć w unihokeja, i w kosza byłam całkiem całkiem). A jeśli chodzi o oglądanie? Nie mam telewizji, rzadko oglądam mecze, ale jeśli już, to bardzo się emocjonuję i piszczę (nowość, co?) Ale NASZYM kibicuję ;). Zresztą, musiałabym być ślepa, głucha i bez internetu, żeby nie wiedzieć, co się działo przez ostatnich kilka tygodni. Mam to szczęście, że mieszkam w pobliżu Katowic, w których to rozgrywano dużą część meczy Mistrzostw Świata w siatkówce mężczyzn. Przechodząc sobie obok hotelu, w którym stacjonowały reprezentacje najróżniejszych narodowości, mogłam sobie pooglądać wysokich aż do nieba, wytatuowanych Finów, i ich kibiców, z pomalowanymi na niebiesko twarzami; trenerów- hindusów, i różnych innych. Tak sobie myślę, że to brzmi, jakbym oglądała zwierzątka w zoo, ale TO NIE TAK- ja lubię obcokrajowców, każdy, kto mnie trochę zna, Wam to potwierdzi ;). Ale to, co podobało mi się najbardziej... zjednoczenie, wspólna radość, wspólne PRZEŻYWANIE.
Tyyyyleeeee emocji w Spodku, i pod nim, i w Katowicach, i w całej Polsce! I te wszystkie wuwuzele (które zostały po Euro 2012), ryczące w kulminacyjnych momentach, przerywające ciszę teoretycznie uśpionego miasta. Biało czerwone twarze, dziewczyny w dwukolorowych hand-made wiankach na głowach, powiewające flagi i klaksony samochodów. Pięknie :). A co na minus? Buczenie na Solorza- przecież odkodował mecz, czego buczycie? Miał święte prawo do niespełnienia tej prośby- w końcu jest właścicielem prywatnej telewizji. I jeszcze memy o prezydencie, bo powiedział piłkarze, a nie siatkarze- z tego, co wiem, to sport ten nosi miano piłki siatkowej, więc użycie słowa piłkarze było uzasadnione. Poza tym, to dzięki niemu można było oglądać mecz za darmo, więc czepianie się go jest totalnym faux pas. Nasi siatkarze (i siatkarki) co i rusz odnoszą sukcesy- wspaniale :). Media donoszą, że zarabiają nieporównywalnie mniej, niż piłkarze (nożni!), czy żużlowcy. To akurat smutne. Smutny jest też fakt, że w Polsce w ogóle przeznacza się mało pieniędzy i na sport. I teraz już nie mówię o sportowcach zawodowych, ale o tych młodszych, którzy śladami zawodowców mogliby pójść. Brakuje funduszy na kluby sportowe, szkolne sale gimnastyczne to często jakiś dramat. Skoro już przy salach gimnastycznych jesteśmy... jak wspominacie lekcje wf-u? Bo, o ile w podstawówce były dla mnie całkiem ciekawe, o tyle w późniejszych latach, odczuwałam je jako nudne, i bezsensowne (a ruszać się lubię!). Nie, nie miałam lewych zwolnień z wf-u i nie rozumiem tendencji moje dziecko się poci, nie może ćwiczyć. Serio? Bo może to jednak wina nieciekawych zajęć. Braku wyboru. Zawsze to samo: siatkówka, koszykówka, piłka nożna, biegi. Żadnego tenisa, łyżew (w podstawówce miałam!), lekkoatletyki (byłam świetna w skoku w dal, w liceum skoczyłam sobie może raz)- nigdy w życiu nie skakałam o tyczce, a zawsze chciałam to zrobić. Żadnego (prawie) aerobiku, czy fitnessu, nie było też pływania, tańca (poza polonezem przed studniówką), boksu. Ping pong był. Ping- pong. Ping - pong. Nuda. Chyba zostanę ministrem sportu...
