Kochani! Życzę Wam cudownych Świąt oraz równie cudownych innych dni w roku :). Przygotowania do Świąt pochłonęły mnie tak bardzo, że nie miałam czasu wrzucić tu (świątecznych) przepisów, które w tym roku wypróbowałam. Ale nie martwcie się- w najbliższych dniach to nadrobię ;).
Ps. Czy Wasze zwierzaki przemówiły ludzkim głosem? Moje nie- za to, po pochłonięciu prezentów, z wielkim zaangażowaniem wylegiwały się na kanapie :P...
wtorek, 25 grudnia 2012
środa, 19 grudnia 2012
Kalendarz i mini planner.
Pochwalę się, a co! Dziś przemiła Pani Listonosz przyniosła mi przemiłą przesyłeczkę (och, jak uroczo :D). Przyszedł kalendarz inspirowany stylem pin up (który uwielbiam) i śliczny mini planner. Aż się nie mogę doczekać Nowego Roku, żeby móc zapełniać terminarz zapiskami :D. Planner już noszę w torebce!
Jesteście ciekawi, kto tworzy takie cuda? Pewna młoda, śliczna i utalentowana scrapperka, która na swoim blogu prezentuje kalendarze, notesy, albumy i mnóstwo innych pięknych rzeczy, które chciałabym mieć ;). Odsyłam na bloga KaroDeco: http://karodeco.blogspot.com/search?updated-max=2012-12-03T22:23:00%2B01:00&max-results=3
wtorek, 18 grudnia 2012
Kocham ekologię! Część IV: ekologiczne sprzątanie.

Ocet- dezynfekuje, usuwa tłuszcz i kamień, wybiela. Jest tak uniwersalny, że można nim czyścić wszystko- od lodówki, przez piekarnik i kafelki aż po podłogi.
Soda oczyszczona, proszek do pieczenia- czyści, usuwa plamy, neutralizuje nieprzyjemne zapachy.
Cytryna- wybiela (podobno nawet piegi ;)), usuwa plamy.
Sól- dzięki właściwościom ściernym świetnie zastępuje proszki do czyszczenia, dezynfekuje.
Ocet + woda (+ cytryna)- świetnie nadaje się do mycia okien, luster i innych szyb- najlepiej wlać mieszankę octu z wodą (pół litra wody na 4 łyżki octu- można dodać również trochę soku z cytryny) do spryskiwacza i spryskać szyby, następnie wypolerować zmiętą gazetą.
Soda (proszek do pieczenia) + cytryna (w proporcji 1:1)- usuwa plamy z pleśni- przygotowaną pastę nałożyć na plamy, po 2 godzinach spłukać. Świetnie też nadaje się do szorowania szczoteczką do mycia zębów (starą, nieużywaną :P) na fugi między kafelkami.
Cytryna + sól- czyści deski do krojenia (przekroić cytryną, "namoczyć" w soli).
Soda oczyszczona + woda- świetnie myje lodówkę.
Soda oczyszczona + sól (1:1)- uniwersalny proszek do czyszczenia (piekarnik, przypalone garnki, itp).
Soda + ocet- środek do czyszczenia ceramiki łazienkowej.
Uwaga, kuchnio! Nadchodzę! Mam ocet i nie zawaham się go użyć!
Ps. A Wy? Posprzątaliście już? Macie jakieś sprawdzone sposoby na sprzątanie?
środa, 12 grudnia 2012
Pachniesz białym jeleniem!
Nie muszę czekać na Wigilię, aż moje zwierzaki zaczną mówić ludzkim głosem ;)... Swoją drogą, zadzwoniłam do męża, żeby pochwalić się, że wykąpałam Czeka, a on "Trzeba było na mnie poczekać" (ja, myślałam, że po to, żeby mi go wniósł i wyniósł z łazienki") i kończąc "Wsparłbym go jakoś... Biedny Czekuś...". Kąpanie psa to część przedświątecznych porządków. A jak tam Wasze przygotowania?
Buziaki, Madeleine.
sobota, 8 grudnia 2012
Dzień Otwarty w schronisku.
Schronisko. Miejsce, gdzie można się schronić? Przed czym? Przed zimnem, deszczem, śniegiem, upałem, samochodami, złymi ludźmi. Miejsce, gdzie czułe Ręce pogłaszczą, nakarmią, wyprowadzą na spacer. Ale potem znikną, bo nie mogą być zawsze, nie mogą być 24 godziny na dobę. Zmieniają się, przychodzą kolejne Dobre Ręce, ale one też nie są tylko dla jednej istoty. Tyle pazurków i ogonków w tym miejscu. Tyle historii, często zapisanych bólem i krwią. Dlatego te wszystkie pazurki i opadnięte uszka chciałyby mieć Dobre Ręce dla siebie. Niektórym uda się szybko, niektórym- być może nigdy...
Dziś był Dzień Otwarty w Miejskim Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt w Katowicach. Chciałam pojechać, musiałam. W końcu to schronisko, w którym mieszkał mój Pan Czekuś. Nasza podróż upłynęła pod znakiem lekkiego zdenerwowania pokrytego nerwowym śmiechem. Justyna nie była tam nigdy i nie wiedziała jak dojechać, a ja nie mam wyczucia, kiedy powinnam powiedzieć "zjedź w prawo" i zawsze robię to za późno :P. Krążyłyśmy i błądziłyśmy, zawracałyśmy, a 15 zbliżała się nieubłaganie. Trasę, która powinna zająć nam pół godziny pokonałyśmy w 3 razy dłuższym czasie. Ale dojechałyśmy- prawie krzyczałyśmy ze szczęście, kiedy wreszcie wjechałyśmy przez żółtą bramę. Zawiozłyśmy kilka cieplutkich koców i inne tkaniny, miskę, garnek, karmę i makaron. A potem poszłyśmy obejrzeć zwierzaki. Najpierw dorosłe psy. Miałam robić zdjęcia, żeby Wam zaprezentować te Miłości na czterech łapach, ale przy załzawionych oczach kiepsko robi się zdjęcia. Trzymałam się, dzielnie, i tak. Nawet jak te wszystkie psy garnęły się do nas, merdały ogonkami na każdy dźwięk mego głosu, błagały o pogłaskanie. Potem Justyna powiedziała "A tu nie ma szczeniaków? Szkoda..." Powiedziałam, że są. Napis "Szczeniaki. Kwarantanna" zaprowadził nas na miejsce. Były klatki. I jedna psinka w środku. Miała łapy jak gazela i oczy jak paciorki, wpatrzone w nas. Zagwizdałam, a ona (bo to suczka) przekręciła łepek i nastawiła uszy. "Hej, Gwizdek", zawołałam. Głaskałyśmy ją. Justyna patrzyła na suczkę, a suczka na Justynę. Ja już wiedziałam. Myślę, że sunia też. Od słowa do słowa, podając wszystkie za i przeciw, argumenty i kontrargumenty został wykonany telefon. Poszłam obejrzeć koty. Zakochałam się w jednej Pięknocie, czekała na sterylizację. Jak nie będzie mi dawała spać, to jakoś przekonam Cały Dom (2 koty i psa włączając), że kitka jest nam niezbędna do życia, a my jej jeszcze bardziej ;)... W międzyczasie współlokatorzy Tinki zgodzili się na wspólną odpowiedzialność. Cudownie! Kilka podpisów, porad, kupon na bezpłatną sterylizację i już. Zobaczcie, jak łatwo zdobyć przyjaciela na wiele lat życia :). O podróży powrotnej nie będę wspominać- tym razem nie błądziłyśmy :P. Tequilla- bo prawdopodobnie tak będzie miała na imię sunia, zadomowiła się od razu. Już zagarnęła fotel i serca wszystkich. Powiecie, to jeden pies. Nie uratujecie całego świata. Nie? Może. Ale jeden adoptowany pies, czy kot, to jeden odmieniony los, jeden mały cud. Dla zwierzęcia ORAZ jego człowieka. Zresztą, gdyby każdy dobry człowiek wziął zwierzę, schroniska byłyby tylko przejściowym domem... Jeszcze tylko apel: jeśli z jakichś względów nie możecie przygarnąć zwierzaka, pomóżcie w inny sposób. Można wpłacać pieniążki na konto jakiejś fundacji, zaadoptować psa wirtualnie zorganizować zbiórkę potrzebnych rzeczy, albo samemu zawieźć. Zima trwa w najlepsze. Przydadzą się koce, dywany i wykładziny, ręczniki i inne materiały. Psiaki nie pogardzą karmą suchą i mokrą, makaronem, ryżem. Potrzebne są również leki i środki czystości. I Dobre Ręce, które mają czas i chęć zostać wolontariuszem :).
Linki:
http://www.przystanekschronisko.org/jak-pomoc
http://www.przystanekschronisko.org/wolontariat
http://www.schronisko-katowice.eu
https://www.facebook.com/pages/Schronisko-dla-Bezdomnych-Zwierz%C4%85t-w-Katowicach/175929075760759
https://www.facebook.com/przystanek.schronisko?ref=ts&fref=ts
Zaraz po wyjściu ze schroniska- Justynka i Tequilla.
Jedno "hop" i mała przez godzinę okupowała moje kolana- nie było szans się ruszyć :D.
Łapy jak u gazeli. Będzie się ścigać z moim Czekusiem :)!
Przodozgryzek i jej fotel ;).
wtorek, 4 grudnia 2012
Co robię nocą, zamiast spać?
źródło: http://kropkiikreski.pl/2011/08/sowa-noca/
Wena bawi się ze mną w kotka i myszkę. Nie tylko ta do
pisania, ale i w ogóle. Przychodzi nocą. Kiedy Cały Dom już śpi, ja myślę.
Myślę i myślę, bo spać nie mogę. A może myślę i myślę, więc nie mogę spać? Mój
mózg nie odpoczywa. Pewnie za dużo w nim czegoś, albo czegoś brak. Kładę się, a
on zaczyna przetwarzać. I podsuwa mi tak idiotyczne obrazy, że nikt by nie mógł
spać. Przypomina mu się horror sprzed 8 lat. Albo obciach roku z gimnazjum.
Albo wpadam na genialne pomysły, które KONIECZNIE trzeba zrealizować, a plan
obmyślić właśnie teraz. Natychmiast. No i wena. Wena też wtedy nadchodzi.
Wczoraj wymyśliłam kilka postów, które mogłabym zamieścić. Słowa spływały na
poduszkę, niczym myśli do myślodsiewni. Ale nie wstanę. Nie wstanę, nie zapalę
światła i nie odpalę komputera, bo Noc. Bo obudzę Cały Dom. No i tak leżę z
otwartymi oczami, a myśli kotłują mi się we łbie. Postanawiam zapamiętać 5
planów na życie i treść 7 postów. A rano nie mogę wstać.
Taaaak… Zdecydowanie wolę noce. Nocą jest cicho, nikt mi nie
brzęczy nad uchem. Mogę zapalić świeczki. Noce są magiczne. Nocą łatwiej
przychodzą słowa i gesty, które wystraszyłoby światło dzienne. Mój mózg
pracujący na pełnych obrotach nocą, rankiem nie może się dobudzić. I po co do
mnie wtedy mówić? I tak nie zapamiętam. Albo gorzej, zdenerwuje mnie ten
bełkot, i będę musiała warknąć :> Nie, nie jestem rannym ptaszkiem. Może
dlatego tak uwielbiam wszelkie sowy? Identyfikuję się z nimi? Pewnie też
dlatego, że są symbolem mądrości, a ja, wiecie, mądra jestem niesłychanie ;). W
ciągu dnia chaos. Milion spraw do załatwienia. Pracapraniesprzątaniegotowanie.
I zawsze gdzieś się spieszy. Gdybym tylko tak nie kochała spać. Mogłabym
siedzieć nocami. Ale potem? Rano znów nie wstanę. I budzik zadzwoni, a ja nie usłyszę
i wstanę 3 godziny później, wściekła na cały świat. Pół biedy, jeśli mam wolne,
albo pracę na popołudnie. I ten post też chaotyczny, bo wymieszałam w nim dwa-
o wenie i o tym, co robię gdy nie śpię. Oba wymyślone wczoraj w nocy.
Czy macie jakieś sprawdzone sposoby na sen? Jesteście
sowami, czy skowronkami?
Urodzinowo. Sernik z sosem malinowym.
Dwa dni temu miałam urodziny. Ja wiem, że 24 lata to jeszcze MŁODOŚĆ, ale kiedy pomyślę, że został tylko rok i będę żyła na tym świecie ćwierć wieku, to już wcale nie jestem taka pewna :P... Lubię swoje urodziny. Uwielbiam, kiedy 2. grudnia pada śnieg, jak te 24 lata temu, gdy przyszłam na świat. Lubię dostawać wiadomości, kartki, prezenty, lubię gdy ludzie do mnie dzwonią z życzeniami, bo to wszystko czyni ten dzień wyjątkowym. W tym roku zrobiłam sernik z sosem malinowym. Wyszedł pyszny, więc podzielę się z Wami przepisem ;). Znalazłam go w necie, ale zmodyfikowałam go nieco. Chyba nie ma przepisu, który nie przeszedłby "obróbki" trafiając w moje ręce. Zaznaczam, że nie jest to żaden kremiasty tort, ani bardzo słodkie ciasto, bo tego nie lubię. Słodyczy można dodać poprzez dodanie większej ilości cukru do masy serowej, albo zastąpienie gorzkiej czekolady mleczną.
Uwaga, podaję składniki:
ok 200 g herbatników (14 malutkich paczuszek)
80 g masła
tabliczka gorzkiej czekolady
tabliczka gorzkiej czekolady
3 łyżki ciemnego kakao
1 kg twarogu (czyli jedno wiaderko)
około 1/3 szklanki cukru
1 cukier waniliowy
2 białka
1 czubata łyżka mąki ziemniaczanej
maliny (mogą być mrożone)
cukier puder
Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni.W rondelku rozpuszczamy masło i czekoladę. Herbatniki kruszymy dość drobno na wyłożoną papierem do pieczenia blaszkę (29 cm, okrągła) (nie jestem pedantką w kuchni i kiedy nie muszę czegoś ucierać na bezgrudkową masę- nie robię tego. Dlatego spód mojego ciasta ma różnorodną, lekko chrupką fakturę, która- moim zdaniem- jest lepsza- niż gdyby powstała ze startych na wiór ciasteczek). Do herbatników wlewamy czekoladę z masłem i mieszamy. Masa nie musi być jednorodna, za to powinna zakrywać całe dno i ewentualnie boki (wtedy trzeba "dokleić" masę do boków blachy). Wkładamy blaszkę do zamrażarki. Ser ucieramy z cukrem białym i waniliowym, dodajemy białka, nadal ucierając, na końcu dorzucamy mąkę ziemniaczaną. Tu akurat masa powinna być gładka. Wylewamy ją na spód ciasta. Zmniejszamy temperaturę piekarnika do 120 stopni i dopiero wtedy wkładamy tam blaszkę. Sernik piecze się ponad godzinę (do 70 min). Po wyjęciu, studzimy ciasto, a potem wkładamy do lodówki. Do garnuszka wrzucamy garść malin (nawet zamrożonych), a po chwili zasypujemy je cukrem pudrem i mieszamy. Na garstkę malin wystarczy pół łyżki/ łyżka cukru. Mieszamy od czasu do czasu i czekamy aż maliny i cukier połączą się w jedną lepką różową słodycz. Zimny sernik polewamy gorącym sosem i voila!
Smacznego :).
Smacznego :).
I jeszcze zdjęcie moich prezentów, bo lubię się chwalić :P. Były jeszcze czekoladowe cukierki, poupychane w rękawiczkach, ale ich populacja znacznie zmalała :P...
Jak widzicie, dostałam nową książkę Rowling. Już zaczęłam ją czytać. Nie znacie dnia, ani godziny, kiedy pojawi się recenzja :P...
Lubię Enej. Mają mega pozytywne piosenki, z domieszką folku i ska- a to kocham :). Tak się złożyło, że dwa dni przed moimi urodzinami byli w centrum handlowym. I mój biedny dorosły mąż, stał pomiędzy tymi wszystkimi małolatami, żebym miała autografy wszystkich z zespołu :D.
A gratis Czarnuszka, która boi się termoforowej sowy, szczególnie, gdy ta przemawia przez jej panią: uhuuuuuhuuuuu!
Bisous, Madeleine.
czwartek, 22 listopada 2012
Przyjaźń
https://www.facebook.com/AnnaBorowiczPhotography?ref=ts&fref=ts
Z przyjaźnią sprawa nie jest taka prosta. Długo i z trudem się
ją zdobywa, ale kiedy się już przyjaźń posiadło, nie sposób się
od niej uwolnić, trzeba stawić czoła.
A. Camus
Może to nietaktowne, ale potrafiłabym moich przyjaciół uszeregować miejscami- od tych, z którymi dogaduję się lepiej do tych, z którymi dogaduję się nieco gorzej. Ale wszyscy byliby na podium, bo u mnie podium ma cztery miejsca. Pomyślałam sobie, że to trochę tak, jakbym faworyzowała lalki w dzieciństwie. Miałam kilka ulubionych, a wśród nich tę najulubieńszą. I z tą najulubieńszą miałam niedawno mini- sesję, autorstwa, oczywiście, Anny Borowicz. Było zimno, trochę mglisto, ale z nią. To moja najlepsza przyjaciółka. To ona wie o mnie wszystko, wypowiada moje myśli, zanim ja to zrobię, to ona rozgrzesza mnie z moich złych uczynków, a czasem nawet źle czyni razem ze mną :>. A najfajniejsze, że to do mnie przychodzi, by podzielić się swoimi radościami i smutkami. Jest mediatorem pomiędzy mną a naszą trzecią przyjaciółką, z którą- ze względu na naszą porywczość- czasem mamy spięcia ;). W tej trzeciej cenię głównie poczucie humoru. Ma zdolność do rozbawienia mnie jednym zdaniem :). Swoim sarkastycznym podejściem do siebie i życia potrafi mnie totalnie- pozytywnie!- zszokować. Ona pierwsza zwróci mi uwagę, jeśli coś zrobię nie tak. Ma dużo pomysłów, tylko potrzebuje motoru do ich realizacji. A we trzy- jako MJM- jesteśmy niepokonane ;). Teraz parę zdjęć z J. Podobają mi się, są takie "nasze".
Pięknymi zdjęciami kończę ten post i czekam na Wasz głos w sprawie przyjaźni. Co w niej cenicie, czy w ogóle jest dla Was ważna? Wierzycie w przyjaźń między osobami innej płci?
Buziaki, Madeleine.
poniedziałek, 19 listopada 2012
Po dupie (nie ogarniam).
Po dupie mnie trzeba sprać, bo choć tyle czasu minęło, to nie pisałam. Nic. W moim życiu bardzo dużo różnych zawirowań, w mojej głowie mętlik. Litery, słowa i zdania uciekają z czaszki, przez uszy. I zostaje pustka. Słabo żyć z pustką w głowie, muszę się ogarnąć. Tak więc na ogarnięcie piosenka. Artystka, która mnie irytowała swoją poprzednią (?) płytą, teraz do mnie przemawia. Podejmuje tematy kontrowersyjne i choć z częścią jej poglądów się nie zgadzam (ja za Polskę przelałabym krew i mam nadzieję, że kiedyś urodzę syna- albo lepiej córkę :P), to doceniam jej twórczość, to, że mówi o ważnych sprawach, że wypowiada się w imieniu wielu osób, które czują to samo. Na mój humor idealna jest "Nie ogarniam". Zostawiam Was z tą piosenką i obiecuje pisać WIĘCEJ, choć czasu będzie raczej mniej- zaczynam nową, dość wymagającą pracę ;).
Ps. Mam przerwę w fitnessie, bo... zrobiłam tatuaż ;). Goi się i nie mogę robić wielu rzeczy przez to :>. Najgorsze, że będę musiała jeszcze raz "umierać" z bólu, bo poprzednio nie dałam rady wytrzymać więcej niż 1,5 godziny i trzeba go dokończyć. Ale to niiiic- jak mówi moja Iza- myślę, że będzie warto. Zdjęcia będą, ale po 8.12 ;). Tylko jak ja tyle czasu bez fitnessu wytrzymam, ehhhh....
Buziaki, M.
Ps. Mam przerwę w fitnessie, bo... zrobiłam tatuaż ;). Goi się i nie mogę robić wielu rzeczy przez to :>. Najgorsze, że będę musiała jeszcze raz "umierać" z bólu, bo poprzednio nie dałam rady wytrzymać więcej niż 1,5 godziny i trzeba go dokończyć. Ale to niiiic- jak mówi moja Iza- myślę, że będzie warto. Zdjęcia będą, ale po 8.12 ;). Tylko jak ja tyle czasu bez fitnessu wytrzymam, ehhhh....
Buziaki, M.
piątek, 26 października 2012
Kocham ekologię! Część III: o papierze (nie papieżu).
Jest MILION sposobów na to, by oszczędzić drzewa. No to teraz wymieniaj, tak :D? Nie będę wymieniać miliona, bo... chyba nie mam tyle czasu ;)... Nie każę Wam też przypinać się łańcuchami do drzew, są mniej bolesne metody. Postaram się podać najprostsze rozwiązania, dzięki którym każdy może być bardziej eko.
1. Drukuj obustronnie! Ja wiem, wiem, to wymaga "kliknięcia" w zaawansowanych, a czasem nawet poszukania tej opcji, bo jest nieźle ukryta- ale warto, zużyjemy dwa razy mniej kartek.
2. Używaj papieru z recyklingu- zarówno do drukarki, jak i do d... toaletowego ;). Są notesy z papieru z recyklingu, ekologiczne wizytówki- opcji jest wiele i każdy znajdzie coś dla siebie.
3. Nie używaj oleju palmowego! A co to ma wspólnego z ochroną drzew? A no ma całkiem sporo. Olej palmowy tłoczony jest z owoców i zmielonych nasion palmy oleistej. Jest tańszy, łatwiejszy w produkcji, z palm można szybko wytłoczyć dużo większe ilości oleju, niż z innych roślin oleistych. Dlatego też, pod plantację palm, wycinane są inne drzewa, ogromne ilości. Przykre. Szczególnie, że olej palmowy, to ZŁO. Podczas obróbki termicznej, traci wartości odżywcze. Olej ten sprzyja cukrzycy i otyłości. Powiecie: ok, przecież ja używam oleju rzepakowego/ słonecznikowego. Mało kto jest świadomy, gdzie ten podstępny zatykacz żył się ukrywa... Najtańsze margaryny najczęściej mają w sobie olej palmowy (zwany też tłuszczem roślinnym utwardzanym). Warto też zwrócić uwagę, jaki tłuszcz znajduje się w składzie batoników, ciastek, czy mrożonek. Zdrowej dla nas- zdrowiej dla Planety!
4. Mówiłam już o książkowym recyklingu- wypożyczaj książki z biblioteki, wymieniaj się nimi ze znajomymi w realu, albo internecie (na forach internetowych).
5. Segreguj śmieci. Papier i kartony wrzucaj do specjalnych kontenerów, lub zbieraj makulaturę.
6. Nie używaj plastikowych jednorazówek. Jest tyle boskich toreb płóciennych, we wszystkich wzorach i kolorach! Aż wstyd chodzić z takim plastikiem ;). Jeśli już używasz jednorazówek, niech będą... wielorazowe. Niezależnie od tego, na którą opcję się zdecydujesz, wybierając się na zakupy, zabieraj siatki ze sobą- unikniesz wielokrotnego kupowania plastikowych siateczek.
7. Śledź projekty wspierające edukację ekologiczną w szkołach, a także te, których celem jest sadzenie nowych drzew, np: http://plantatree.pl/ http://www.posadzdrzewo.pl/#/home .
Peace (green)!
M.
1. Drukuj obustronnie! Ja wiem, wiem, to wymaga "kliknięcia" w zaawansowanych, a czasem nawet poszukania tej opcji, bo jest nieźle ukryta- ale warto, zużyjemy dwa razy mniej kartek.
2. Używaj papieru z recyklingu- zarówno do drukarki, jak i do d... toaletowego ;). Są notesy z papieru z recyklingu, ekologiczne wizytówki- opcji jest wiele i każdy znajdzie coś dla siebie.
3. Nie używaj oleju palmowego! A co to ma wspólnego z ochroną drzew? A no ma całkiem sporo. Olej palmowy tłoczony jest z owoców i zmielonych nasion palmy oleistej. Jest tańszy, łatwiejszy w produkcji, z palm można szybko wytłoczyć dużo większe ilości oleju, niż z innych roślin oleistych. Dlatego też, pod plantację palm, wycinane są inne drzewa, ogromne ilości. Przykre. Szczególnie, że olej palmowy, to ZŁO. Podczas obróbki termicznej, traci wartości odżywcze. Olej ten sprzyja cukrzycy i otyłości. Powiecie: ok, przecież ja używam oleju rzepakowego/ słonecznikowego. Mało kto jest świadomy, gdzie ten podstępny zatykacz żył się ukrywa... Najtańsze margaryny najczęściej mają w sobie olej palmowy (zwany też tłuszczem roślinnym utwardzanym). Warto też zwrócić uwagę, jaki tłuszcz znajduje się w składzie batoników, ciastek, czy mrożonek. Zdrowej dla nas- zdrowiej dla Planety!
4. Mówiłam już o książkowym recyklingu- wypożyczaj książki z biblioteki, wymieniaj się nimi ze znajomymi w realu, albo internecie (na forach internetowych).
5. Segreguj śmieci. Papier i kartony wrzucaj do specjalnych kontenerów, lub zbieraj makulaturę.
6. Nie używaj plastikowych jednorazówek. Jest tyle boskich toreb płóciennych, we wszystkich wzorach i kolorach! Aż wstyd chodzić z takim plastikiem ;). Jeśli już używasz jednorazówek, niech będą... wielorazowe. Niezależnie od tego, na którą opcję się zdecydujesz, wybierając się na zakupy, zabieraj siatki ze sobą- unikniesz wielokrotnego kupowania plastikowych siateczek.
7. Śledź projekty wspierające edukację ekologiczną w szkołach, a także te, których celem jest sadzenie nowych drzew, np: http://plantatree.pl/ http://www.posadzdrzewo.pl/#/home .
Peace (green)!
M.
wtorek, 16 października 2012
Czym urzekła mnie Łódź?
Właśnie wróciłam ze szkolenia. Tak się złożyło, że centrala
firmy, w której pracuję ma swą siedzibę w Łodzi. W tym mieście byłam
kilkakrotnie, jednak moje „bycie” ograniczyło się do przejazdów z dworca Łódź
Kaliska- Łódź Fabryczna i na odwrót. Nie byłam nastawiona zbyt pozytywnie do miasta z szalupą w herbie, które to miasto
kojarzyło mi się głównie z brzydotą nieprzeciętną. Jasne, jest Manufaktura,
Piotrkowska, Filmówka, itd., ale… ale to nie Wrocław, czy Kraków- miasta, które
zawsze mnie urzekają. Nie pojechałam jednak z wrogim nastawieniem i zaraz po
wyjściu z pociągu (na dworcu Łódź Choiny) humor poprawił mi się tak znacznie,
że trzymało mnie następne dwa dni :D. Nie, nie zostałam niczym na tym dworcu
poczęstowana :P. Po prostu, kiedy już usadowiłam się w tramwaju, spostrzegłam
MILION najróżniejszych komunikatów - np.
Podczas jazdy trzymać się rury, Kierowcy
zabrania się rozmów z pasażerami, Zakaz spożywania posiłków, Ustąp miejsca
starszym, itd., itd. Powiecie: nic nadzwyczajnego. Owszem, nic, jeśli widzi
się takie informacje pojedynczo. Ale kiedy w tramwaju jest aż żółto od nakazów
i zakazów, zaczyna robić się wesoło :D. Okazuje się, że Łódź miała akcję (nie wiem, czy jednorazowo) rozwieszania tzw.
wlepek (czy raczej vlepek), i to, co
widziałam w pierwszym tramwaju, to jeszcze nic… bowiem można się natknąć na
takie cuda, które informują pasażerkę, że w tym pojeździe wygląda jeszcze
lepiej, lub co należy uczynić w przypadku ataku gołębia. Mój pobyt, oczywiście,
upłynął pod znakiem wyszukiwania kolejnych perełek, i tak znalazłam np: TANIE
PIWO, wyświetlające się i migające na sklepowym szyldzie, a potem TANIE SPANIE
(którego zresztą doświadczyłam w hotelu ;)). Zastanawiałam się, czy gdzieś w
okolicy są też tanie… panie :D. Nie musiałam długo czekać, bo następnego dnia
na wielkim telebimie widziałam panią tańczącą na rurze (ale nie tej
tramwajowej, której należy się trzymać podczas jazdy)- tylko nie wiem, czy ona
była tania… Widziałam też kilka
instrukcji obsługi toalety- aż się boję pomyśleć, o czym może to świadczyć
:>. No i….. psy w restauracji- jeden nawet siedział przy stoliku! To mi się
podobało chyba najbardziej :P. Ach, i Manufaktura. Połączenie nowości i
tradycji. Urzekła mnie całkiem. Nie chodziłam po sklepach, bo centra handlowe
są wszędzie. Podziwiałam ją z zewnątrz- obeszłam dookoła, nie mogąc się
nadziwić nad niesamowitością tego molocha. Z wrażenia zgubiłam szalik. Zabijcie
mnie, ale nie mam pojęcia gdzie i kiedy to się stało. W Łodzi z jednej strony
widzi się mnóstwo rozpadających się budynków, szarych i odrapanych. Z drugiej-
pięknie odnowione (bo wykupione) kamienice. Jest też nowoczesna fontanna
przypominająca usta, a przez mieszkańców zwana Vaginą :D. Nonsens goni nonsens,
jest cudnie!
źródło: www.wiocha.pl
źródło: http://uwolnijmysli.pl/
źródło: http://uwolnijmysli.pl/
Polubiłam to miasto. Szkoda tylko
tych zrujnowanych kamienic, bo Łódź wydaje się być miastem z ogromnym
potencjałem, ma wiele pięknych budynków, mnóstwo uczelni i -sądząc po vlepkach- całkiem sympatycznie
nonsensownych mieszkańców ;). Nonsensownych pokręconych snów, moi drodzy :).
PS. Na terenie tramwaju obowiązuje wyraz twarzy!
PS. Na terenie tramwaju obowiązuje wyraz twarzy!
sobota, 13 października 2012
Wyzwanie fitness, ciąg dalszy
Ostatnio mam szczęście do
zastępstw na fitnessie. W środę zumby nie prowadziła Kubanka Regla Maria (a
szkoda, bo na pewno byłoby hot :D), tylko jej uczennica. Wczoraj, zamiast
Wioli, której zajęcia uwielbiam, też była inna dziewczyna. Dlatego też ani na
jednych, ani na drugich zajęciach nie zmęczyłam się tak, jak np. w poniedziałek
(w środę rano miałam problem z dojściem do pracy przez zakwasy :D). Było w
porządku, choć zdecydowanie wolę zajęcia bardziej intensywne, z większą ilością
szaleństwa i z mniejszą dozą latino, które było wczoraj. Za to bardzo
pozytywnie odbieram energię większości instruktorów zumby. I zawsze zastanawia
mnie, skąd oni biorą te wszystkie okrzyki w stylu pupa HOP!, tarararaa!, puuuuuuuuu,
itd. :D. Wprawia mnie to w doskonały nastrój :D. Tak czy siak, zajęcia w piątek
niespecjalnie mnie zmęczyły, dlatego też zostałam na drugiej godzinie zajęć- a
że byłam w towarzystwie koleżanki, perspektywa ta wydała nam się bardzo dobrym
pomysłem. Zostałyśmy na gimnastyce odchudzającej, prowadzonej przez szefową
klubu. Było dobrze- typowy fitness, z dużą dawką ćwiczeń na brzuch, uda i
pośladki. Podziwiam instruktorkę, która mimo wyciętej ósemki przyszła poprowadzić
zajęcia- niezły hart ducha ;). Gorzej, że kiedy zorientowałam się, że minęła
DOPIERO połowa zajęć, już miałam dość, a najgorsze było dopiero przede mną :D. Leżąc
na macie i wykonując jedno z ćwiczeń, w mojej głowie kołatała się jedna myśl „!@#$%^&*,
kiedy będzie zmiana nogi?!” :D. Najgorzej, że widziałam też Anię, która miała
bardzo podobną minę do mojej :P. Jakby tego było mało, w całej sali pachniało
cynamonem. CYNAMONEM, na fitnessie! Nie wiem, czy to odświeżacz powietrza, czy
jakaś kobieta miała takie perfumy, ale bardzo mnie ten fakt zadziwiał i
koniecznie musiałam podzielić się tym z koleżanką, która za każdym razem mówiła
„Co?! W ogóle cię nie słyszę!”, a ja musiałam powtarzać tyle razy, że robiło
się coraz bardziej zabawnie :D. W końcu, jak już zorientowała się, o co mi
chodzi, to stwierdziła, że ona nic nie czuje, a ja wyszłam na nienormalną,
która nawet podczas fitnessu myśli o szarlotce. Mój Boże. Na szczęście ostatnio
nie mam aż takiej ochoty na słodycze, jak zwykle ;). Szkoda by było zmarnować
te wszystkie godziny ćwiczeń, obżerając się czekoladą :>.
Za godzinę idę
potańczyć- też do klubu, tyle, że studenckiego, na imprezę w stylu lat 60’80’90.
A przed chwilą zdałam sobie sprawę, że w poniedziałek nie będzie zumby, bo mam
szkolenie. Eh, głupia praca :P. Życzę Wam miłego weekendu i na koniec zarzucam
piosenką, która bije rekordy popularności, a mnie wprawia w nastrój co najmniej śmieszny :D.... Tak, tak, do tego też się tańczy na zumbie :P...
Eeeeeeee, sexy lady!
Eeeeeeee, sexy lady!
źródło: youtube.com
poniedziałek, 8 października 2012
Wracam do FORMY!
Trochę z niej wypadłam. Dawno nie byłam na fitnessie, więc moja forma może mieć mi do zarzucenia, że trochę ją zaniedbałam. Nigdy nie miałam nadwagi, ale kiedy widzę, że kolejne spodnie są coraz bardziej opięte mówię: DOŚĆ :D. Uwielbiam ćwiczyć, ruszać się, totalnie się zmachać, najlepiej w jakiś przyjemny sposób ;). Jedną z moich ulubionych form spalania kalorii jest fitness. Mieszkałam w różnych miejscach i w różnych miejscach się "fitnessiłam" :P. W Lublinie miałam swój klub, najulubieńsze zajęcia i instruktorów. Na Śląsku też trochę pozwiedzałam. W grudniu zeszłego roku dostałam karnet na urodziny od znajomych. Najlepsze, że mojej przyjaciółce dali kasę- mi nie, bo bym na pewno roztrwoniła pieniądze :D. Urodziny urodzinami, a karnet leżał, kłując mnie w oczy. W końcu, wybrałam się do FORMY- klubu fitness dla kobiet. Najpierw poszłam na zajęcia Fat burning (teraz to już Slim line ;)), bo prowadziła je moja znajoma. Niezły dawała wycisk, a jej hasła "Boskie pośladki na plaży!!!!!!!!" były bardzo motywujące :D. A potem trafiłam na zumbę. Byłam już kilka razy wcześniej, w Lublinie, ale instruktorzy niespecjalnie przekonali mnie, że warto... No i trafiłam na zumbę do Formy. Po pierwszej takiej "sesji" z boską energetyczną Wiolą było mi......... niedobrze :D. Ze zmęczenia. Dała mi tak popalić, że .... stwierdziłam, że nie odpuszczę i będę ćwiczyć tak jak stałe bywalczynie (musicie wiedzieć, że zumba to stałe układy choreograficzne do określonych piosenek- jak już się nauczysz i zaczynasz "wymiatać", to masz niesamowitą satysfakcję). Tak się wciągnęłam, że zostawałam na drugą godzinę zajęć. I tak zleciało kilka karnetów, ale w pewnym momencie nie doładowałam na nowo, bo wyjeżdżałam, miałam ostatnią w życiu sesję, zaczęłam nową pracę, późno wracałam do domu i... miałam jeszcze milion IDIOTYCZNYCH powodów, dla których przez pewien czas "olałam" fitness. Oczywiście, znalazłam sobie inne formy ruchu- bieganie z psem, czy basen, ale nic nie daje mi takiego kopa, jak aerobik. So I'm back. Dziś byłam pierwszy raz po dłuższej przerwie. I jestem tak pozytywnie naładowana energią, że mogłabym góry przenosić :D! Zajęcia w poniedziałki prowadzi Radek, który wcześniej był głównie na zastępstwo. Cieszę się, że jest już na stałe, bo ma w sobie tyle pozytywnego "pierdolca", że nie można się tam nie wygłupiać razem z nim :P. A ja się wygłupiać lubię! I powiem Wam, że aż z formy nie wypadłam, bo jak już się rozkręciłam, to mogłabym tańczyć jeszcze ze 2 godziny :P. (taaaa... zobaczymy jutro :D) Postanowiłam sobie, że dodatkową motywacją- poza samym karnetem i fitnessem- będzie opisywanie Wam, jak idzie mi powrót do formy- opiszę Wam zajęcia, jak się po nich czuję, jakie są efekty. Długo zastanawiałam się, czy Wam podawać jakiekolwiek liczby- na pewno byłoby ciekawiej :D. Ale... nie wiem, gdzie mam miarkę, a do wagi muszę kupić nową baterię, więc... może później :P. Zumbę mam 3 razy w tygodniu, za każdym razem z kimś innym. Są też inne zajęcia i w miarę możliwości czasowych zamierzam je wypróbować :>. Tutaj stronka Formy, gdybyście chcieli dowiedzieć się więcej: http://www.forma.mikolow.pl/ .
A na koniec.........:
Dobrej nocy :).
M.
A na koniec.........:
źródło: www.demotywatory.pl
Dobrej nocy :).
M.
wtorek, 2 października 2012
Kocham... ekologię! Część II: moda.
Jakiś czas temu pisałam o
konieczności oszczędzania wody. Dziś trochę inne spojrzenie na ekologię. Będzie
dotyczyło recyklingu, ale… modowego (między innymi)! Czasy, kiedy ubieranie się
w lumpeksach było uważane za obciach- już dawno minęły. Mamy zatrzęsienie
sklepów z używaną odzieżą. I choć, według mnie, ciężko jest znaleźć taki, w
którym ciuchy nie są zwykłymi szmatami do wycierania podłóg, to warto poszukać
second handów z prawdziwego zdarzenia. Tam ubrania są trochę droższe, ale za to
możemy wynaleźć prawdziwe perełki! Nie raz trafiają się rzeczy całkiem nowe, z
metkami, „firmówki” niedostępne w Polsce. A przede wszystkim, mamy gwarancję,
że zdobędziemy coś jedynego w swoim rodzaju, a co za tym idzie, nie dostaniemy
ataku furii, kiedy zobaczymy identycznie ubraną osobę idącą ulicą (niedawno
widziałam dziewczynę w takiej samej sukience- dobrze, że byłam w pracy i nie
słyszała z zza szyby moich słów :P). Ja lubię second handy. Pod warunkiem, że
nie szukam czegoś konkretnego- bo tak jak w „normalnych” sklepach, rzadko kiedy
wychodzę z dokładnie wymyśloną przez siebie rzeczą… Dobrym pomysłem jest też
kupowanie ubrań na aukcjach w internecie. Wtedy mamy większą pewność, że
ubranie było noszone przez jedną osobę. Z drugiej strony, nie można
przymierzyć- jednak sprzedawcy zwykle podają dokładne wymiary ubrań, zresztą
cena często jest tak niska, że można zaryzykować. Chyba najbardziej opłaca się
kupować w ten sposób ubranka dla dzieci. I w ciuchlandach i na aukcjach można
znaleźć cuda za grosze! Pytacie „No dobra, ale co to ma wspólnego z ekologią?”
A no ma i to całkiem sporo. Puszczając używane rzeczy w ponowny obieg- czy to
kupując, czy sprzedając- zmniejszamy ilość odpadów- a uwierzcie, że tych jest i
bez naszego udziału całkiem sporo.
Jak już wiecie, uwielbiam czytać. Książki
głównie wypożyczam- głównie dlatego, że gdybym miała kupować tyle, ile ich
pochłaniam, wydawałabym zdecydowanie za dużo ;). Chcąc, nie chcąc, dbam o
środowisko- pośrednio nie przyczyniam się do wycinania kolejnych drzew. Dlatego
też w poszukiwaniu książek, zajrzyjcie do biblioteki, znajomych, komisów, czy
antykwariatów. A jeśli już mowa o antykwariacie, miejsca te zdecydowanie mają
duszę. Mnie się marzą stare meble, pamiętające niesamowite historie i
opowiadające je tym, którzy chcą posłuchać. Taka ekologia jest w dodatku
ekonomiczna J.
Słuchajcie, ja nie mówię, żeby
kupować tylko i wyłącznie stare rzeczy, bo nie o to chodzi, ale może czasem
warto pomyśleć o środowisku? Nie chcecie ubierać się w second handach? Nie ma
sprawy- zróbcie coś odwrotnego. Zamiast wyrzucać miliard ciuchów, które
zalegają w Waszej szafie, puśćcie je w obieg- sprzedajcie, albo oddajcie
potrzebującym (PCK, albo przyjaciółce, która uwielbia tę granatową sukienkę, w
której i tak nie chodzisz ;)). Każdą z wymienionych rzeczy można kupić nową,
ale… zrobioną z materiałów „zrecyklingowanych”. Pamiętajcie- ekologia jest
teraz w modzie, firmy chcąc zadbać o swój wizerunek, wychodzą naprzeciw
wymaganiom Zielonych ;). Zużywają mniej chemii do produkcji swych ubrań, za to
więcej materiałów pochodzących z recyklingu. Niektóre firmy podjęły wyzwanie
Detox, narzucone im przez Greenpeace. Informacje o programie i firmach,
biorących w nim udział znajdziecie na stronie: http://www.greenpeace.org/international/en/campaigns/toxics/water/detox/
.
poniedziałek, 1 października 2012
Pianista
Jakoś mało książek na
tym moim blogu, zważywszy na jego tematykę. To nie tak, że nic nie czytam. Właściwie
nie ma dnia, żebym nie miała książki w rękach. Kończąc jedną, zaczynam drugą.
Ostatnio jednak czytałam kolejną część pewnej sagi. Chciałabym ją skończyć,
zanim o niej tutaj napiszę. Chyba powinnam pisać o książkach, które już
czytałam, ale jakoś wolę to robić „na gorąco”. Dziś o Pianiście.
źródło:http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/272799,Syn-Szpilmana-walczy-o-dobre-imie-ojca
Nie ma chyba osoby (a jak jest,
to koniecznie musi to nadrobić!), która nie widziała tego akurat filmu Romana
Polańskiego. W sposób niesamowicie obrazowy przedstawia wojenne losy Władysława
Szpilmana. Film widziałam kilka lat temu, na książkę trafiłam dopiero niedawno.
Nie będę pisać, o czym jest- bo przecież na jej podstawie nakręcono film, więc
chyba każdy wie. Mogę tylko napisać, że ekranizacja dość dokładnie obrazuje
dzieło literackie. Co odróżnia książkę od filmu? Na końcu znajdują się
fragmenty pamiętnika Wilma Hosenhelfa (to ten kapitan Wehrmachtu, który pomagał
Szpilmanowi). Mamy tam spojrzenie niemieckiego żołnierza na II wojnę światową i
sprawę Holocaustu. Ale nie jest to Niemiec wycięty z szablonu rysowanego przez
Hitlera i jego popleczników. To sylwetka mądrego, dobrego człowieka, który
trzeźwo ocenia sytuację, wstydzi się za swój naród i wie, że kiedyś przyjdzie
za to zapłacić- a będą to odczuwać jeszcze kolejne pokolenia. Film zrobił na
mnie kolosalne wrażenie. Wiedziałam, czego spodziewać się po książce, ale
jednak w dalszym ciągu przeżywałam każdy niesamowity cud, który wyrywał naszego
pianistę z rąk Śmierci. Szpilman pisał książkę zaraz po wojnie- na początku,
oczywiście nikt nie chciał jej wydać, przeszła mnóstwo cenzur, by po wielu
wielu latach trafić w swej pierwotnej wersji do kolejnych pokoleń. Okraszona
została wstępem syna sławnego pianisty. Przez fakt, że książka była napisana
zaraz po zakończeniu wojny, wszystko jest tam bardzo dokładne, jednak ma się
wrażenie, że w pewien sposób książka jest „odczulona”, że nie ma tam aż takich
emocji, których można by się spodziewać. Może Szpilman był jeszcze w zbyt dużym
szoku? Albo właśnie spisanie wspomnień było próbą poradzenia sobie z tak
strasznymi przeżyciami. Dużo czytam o okupacji i o Holokauście. Interesuje się
tym. Każda książka równie mocno mnie przeraża. Chyba nigdy nie zrozumiem…
dlaczego. Po prostu dlaczego. Dlaczego Żydzi? Dlaczego Słowianie? Dlaczego… w
ogóle? Jak można zadecydować o cudzym być albo nie być? I jak można żyć po
czymś takim? Z piętnem ofiary lub z piętnem kata. Albo z drugiej strony: jak,
znając historię można w obecnych czasach mówić, że Polska nie jest wolna?
Ciężko tego słuchać.
Chciałabym wierzyć, że historia nie toczy się kołem, nie w tym przypadku. Że już nigdy przenigdy nikt nie urządzi piekła na ziemi. Że żaden naród nie będzie zabijał w imię … no właśnie, w imię czego? Koloru skóry, włosów i oczu? Prostego nosa? Dźwięków mowy? Ale potem słyszę, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, w Chinach, czy w Afryce. I choć, nie są to zbrodnie na tak wielką skalę, choć nie jest to część Wielkiego Planu, to i tak wiem, że moje mrzonki o pokoju na świecie są jak puste słowa kandydatki na Miss Uniwersum. Pozostaje mi wierzyć, że kiedyś ludzie się otrząsną.
Na koniec dołączam filmik, który swoim powstaniem wywołał straszne zamieszanie... wszędzie. Budzi on wiele kontrowersji, ale i wiele pozytywnych odczuć A jakie jest wasze zdanie na ten temat? Czy taka adoracja życia jest w porządku, gdy tak wiele osób nie przeżyło? Myślę, że ten film to nie jest zwykła produkcja, to znaczy wiele więcej. Spodobało mi się zdanie w podpisie pod filmikiem "This men has been blessed by God, LET HIM DANCE"
Chciałabym wierzyć, że historia nie toczy się kołem, nie w tym przypadku. Że już nigdy przenigdy nikt nie urządzi piekła na ziemi. Że żaden naród nie będzie zabijał w imię … no właśnie, w imię czego? Koloru skóry, włosów i oczu? Prostego nosa? Dźwięków mowy? Ale potem słyszę, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, w Chinach, czy w Afryce. I choć, nie są to zbrodnie na tak wielką skalę, choć nie jest to część Wielkiego Planu, to i tak wiem, że moje mrzonki o pokoju na świecie są jak puste słowa kandydatki na Miss Uniwersum. Pozostaje mi wierzyć, że kiedyś ludzie się otrząsną.
Na koniec dołączam filmik, który swoim powstaniem wywołał straszne zamieszanie... wszędzie. Budzi on wiele kontrowersji, ale i wiele pozytywnych odczuć A jakie jest wasze zdanie na ten temat? Czy taka adoracja życia jest w porządku, gdy tak wiele osób nie przeżyło? Myślę, że ten film to nie jest zwykła produkcja, to znaczy wiele więcej. Spodobało mi się zdanie w podpisie pod filmikiem "This men has been blessed by God, LET HIM DANCE"
piątek, 28 września 2012
Chałka drożdżowa
Uwielbiam wszelkie drożdżowe wyroby. Pieczywo, ciasto, chałki, pizzę... Smak maślanych bułeczek i rogali z makiem posmarowanych masłem kojarzy mi się z drugim śniadaniem w szkole podstawowej (oczywiście miałam piękny FIOLETOWY pojemnik śniadaniowy :D). Teraz masła nie jadam, ale nadal uwielbiam odrywać paluszkami po kawałku plecionych bułeczek... Mmmm... Jeśli chodzi o chałki, to ciężko dostać idealną. Dla mnie albo są za słodkie, albo zupełnie niesłodkie i "chlebowe", co chałce nie przystoi! Dlatego też postanowiłam wypróbować i połączyć kilka przepisów i stworzyć CHAŁKĘ IDEALNĄ!!! W moim przekonaniu chałka jest naprawdę dobra, ale jeśli chcecie sprawdzić, musicie sami ją upiec (ewentualnie przyjść do mnie na chałkowe śniadanie/ podwieczorek ;)). Ja robię 4 średnie chałki. Możecie zrobić 2 duże, albo 6 małych- it's up to you ;). Żeby już nie rozwodzić się nad genezą przepisu, po prostu go podam.
3/4 kg mąki
3/4 szklanki mleka
4 łyżki cukru
60 gram drożdży
2 jajka
łyżeczka soli
6 łyżek wody
4 łyżki roztopionego masła
Zadbajcie o to, by drożdże i jajka były w temperaturze pokojowej.
Do kubka wrzucamy pokruszone drożdże, zasypujemy je 2 łyżkami cukru, odstawiamy w ciepłe miejsce, by się rozpuściły (zajmuje to krótką chwilę). Do misy przesiewamy mąkę, robimy wgłębienie, wrzucamy tam rozpuszczone drożdże, zasypujemy resztą cukru i zalewamy ciepłym mlekiem. Kiedy zaczyn będzie nam pracował, rozpuszczamy w rondelku masło i zostawiamy do ostygnięcia. Potem w maśle roztrzepujemy jajko, dodajemy do mąki z rozczynem, dorzucamy sól i wodę.Wyrabiamy ciasto, aż będzie nam odchodzić od rąk, odstawiamy w ciepłe miejsce, aż wyrośnie i podwoi swą objętość. Potem dzielimy ciasto na cztery równe części (chyba, że chcemy mieć dwie duże chałki, to na dwie), a każdą z nich na trzy- to będą części warkocza. Zaplatamy tak, jak warkocz we włosach, smarujemy żółtkiem. Odstawiamy na ok 15-20 minut na blasze- wysmarowanej, albo wyłożonej papierem do pieczenia Jeśli chcecie by Wasze chałki miały kruszonkę, posypcie je nią przed włożeniem do piekarnika ;). Kruszonkę robi się z mąki, cukru i masła w proporcji 2:1:1. Cukier puder najłatwiej się łączy z mąką i masłem, ale ze zwykłym cukrem kruszonka jest tak samo pyszna. Do miski wrzucamy cukier, mąkę i pokrojone w kosteczki masło i szybko ugniatamy- tak, żeby porobiły się grudki. Kiedy (posypane) chałki znów nam urosną, wrzucamy do piekarnika nagrzanego na 180 stopni na ok 20 minut. Można podawać z czym się chce ;).
Smacznego, Madeleine.
czwartek, 27 września 2012
Tatuaże.
Lubię je. Nie wszystkie i nie u każdego, ale lubię. Jeśli komuś pasują, to czemu nie? Jasne, to coś co
zostaje na całe życie, trzeba się więc naprawdę dobrze zastanowić, czy ptaszek
Tweety będzie nas tak samo bawił za 40 lat ;). No i chyba nigdy nie
wytatuowałabym sobie czyjegoś imienia- nigdy nic nie wiadomo ;). Nie lubię tez tribali, ani "więziennych" tatuaży na dziewczęcych ramionach. Ja, na razie mam
jeden „ogromny” tatuaż- papryczkę chili na nadgarstku (widać go na jednym z
indiańskich zdjęć), ale od jakiegoś czasu planuję kolejny. Mam bardzo dużo
pomysłów, ale nie chcę ich wszystkich realizować, bo mogłoby się okazać, że
zostało mało „gołego” ciała ;).
Zdecydowałam się na motyw z Alicji w Krainie Czarów. Lubię tę opowieść- dziś czytałam ją po raz kolejny. Książka ma bardzo dużo motywów, które są inspirujące: karty, Biały Królik, uśmiech Kota- Dziwaka, buteleczki i ciasteczka. Ale ja zdecydowałam się na zegar. Taki kieszonkowy oldschool, który wskazywał Królikowi, że jest spóźniony. Zegar ogólnie jest wdzięcznym motywem, jeśli chodzi o tatuaże. Nie znalazłam jeszcze wzoru, który byłby dokładnie taki, jaki bym chciała, ale mam zamiar połączyć kilka. Przy zegarze ma też być cytat z Alicji. Ten pomysł pojawił się wcześniej niż zegar, ale zamierzam je połączyć. Baśń cała składa się z niesamowitych cytatów- dużo jest o szaleństwie, czasie oraz o nonsensie- czyli tym, co lubię najbardziej ;). Ponieważ muszę zgrać oba motywy, zastanawiam się nad dwiema (głównie) opcjami:
Zdecydowałam się na motyw z Alicji w Krainie Czarów. Lubię tę opowieść- dziś czytałam ją po raz kolejny. Książka ma bardzo dużo motywów, które są inspirujące: karty, Biały Królik, uśmiech Kota- Dziwaka, buteleczki i ciasteczka. Ale ja zdecydowałam się na zegar. Taki kieszonkowy oldschool, który wskazywał Królikowi, że jest spóźniony. Zegar ogólnie jest wdzięcznym motywem, jeśli chodzi o tatuaże. Nie znalazłam jeszcze wzoru, który byłby dokładnie taki, jaki bym chciała, ale mam zamiar połączyć kilka. Przy zegarze ma też być cytat z Alicji. Ten pomysł pojawił się wcześniej niż zegar, ale zamierzam je połączyć. Baśń cała składa się z niesamowitych cytatów- dużo jest o szaleństwie, czasie oraz o nonsensie- czyli tym, co lubię najbardziej ;). Ponieważ muszę zgrać oba motywy, zastanawiam się nad dwiema (głównie) opcjami:
- zegar, z „opadającymi” cyframi i tekst: If I had world on my own, everything would be nonsense.
- zegar z rzymskimi cyframi (na swoim miejscu ;P) i tekst: It's no use going back to yesterday, because I was a different person then.
Pierwsza opcja kusi mnie dlatego,
że uwielbiam absurdy. Taki humor, rozmowy, sytuacje, ludzi… Druga jest sama w
sobie mottem- a ostatnio mam silną potrzebę wyrażania przemijalności, chwytania
chwil, itd. ;). Jak już zatwierdzę ostateczną wersję, to na pewno pochwalę się tatuażem ;).
Jeszcze tylko kilka porad dla
osób, które chcą zrobić sobie tatuaż:
- Przemyśl dokładnie, co chcesz mieć wytatuowane i czy w ogóle chcesz tatuaż. Nie rób tego tylko dlatego, że jest modne, czy bo ktoś od Ciebie tego oczekuje. Akurat z tatuażem wiążesz się (raczej) na całe życie ;).
- Starannie wybierz studio, gdzie będziesz się tatuować- poczytaj opinie w Internecie, popytaj znajomych, idź tam i porozmawiaj o swoich pomysłach, obawach (przy okazji rozejrzyj się, w jakim stanie jest studio- np czy jest czysto). Przy wyborze nie kieruj się tylko ceną, czy popularnością- wszystko ma swoje plusy i minusy. Lepiej trochę dłużej zbierać na tatuaż, ale być z niego zadowolonym. Z drugiej strony- mega drogi, strasznie popularny i oblegany salon w stolicy, wcale nie musi być lepszy od salonu w Twoim mieście. Nie płać za markę, tylko za talent, wykonanie, dobry sprzęt i satysfakcję.
- Jeśli nie masz 18 lat i Twoi rodzice nie zgadzają się na tatuaż, daruj sobie chodzenie do miejsc, gdzie nie wymagana jest zgoda osoby dorosłej. No, chyba, że jesteś ryzyk- fizyk i nie boisz się zakażenia żółtaczką.
- Pomyśl, czy tatuaż nie zaważy w przyszłości np na Twojej karierze - może ogromna czaszka z wężem, na ramieniu przedszkolanki nie jest do końca dobrym pomysłem ;)? Jeśli boisz się, że przez to możesz mieć kłopoty- zastanów się nad niewielkim tatuażem, który możesz zakryc.
- Zanim wytatuujesz COKOLWIEK, poproś o szkic na kartce. Zresztą, profesjonalista sam to zaproponuje.
- Tak, tatuowanie (się) boli. To w końcu szarpanie skóry igłą. Ale… Myślałam, że będzie gorzej. Wiadomo, są miejsca bardziej i mniej odporne na ból. Mój nadgarstek to pikuś, zważywszy na to, że następny prawdopodobnie zrobię na boku, na żebrach… W jednym z salonów powiedziano mi, że jest maść przeciwbólowa dostępna w aptece, którą stosuje się miejscowo przed tatuowaniem- może warto się nad tym zastanowić.
- Kiedy już zrobisz tatuaż, stosuj się do rad osoby, która go robiła. Każą smarować maścią łagodzącą?- smaruj. Zabraniają tarzać się w piasku?- jakoś musisz to przeżyć.
- Nie oszukujmy sę, że nasze cudo przetrwa w nienaruszonym stanie całe nasze życie. Oczywiście, jeśli wybierzemy porządne studio, gdzie używają dobrych barwników- na pewno utrzyma się dłużej. Ale tatuaże mają to do siebie, że blakną. Całkiem możliwe, że będzie trzeba je poprawić po dłuższym czasie, ablo… przerobić na coś innego, kiedy nam się znudzi ;).
- Tatuaż
możesz usunąć. Ale podobno to boli bardziej, niż zrobienie tatuażu, więc…
zastanów się porządnie ;).
A Wy, lubicie tatuaże? Może macie jakieś? Chętnie "posłucham" jakie jest Wasze zdanie na ten temat i pooglądam małe arcydzieła :).
M.
niedziela, 23 września 2012
Zdjęcia, zdjęcia!
Dziś krótki post. Tym razem nie będę dużo mówić- nowość :D. Chcę Wam pokazać zdjęcia autorstwa świetnej dziewczyny, Ani Borowicz. Tak się składa, że czasem jej pozuję. Poniżej efekty naszej wczorajszej współpracy- mam nadzieję, że Wam się spodobają. Żeby zobaczyć więcej zdjęć- moich i nie tylko ;)- wejdźcie na stronę http://prabobly.blogspot.com/ . Życzę udanej nocy i dobrego rozpoczęcia tygodnia (bo jutro poniedziałek, damn!).
Ps. Leżenie na gołej ziemi zdrowiu nie służy! Chyba coś mnie bierze...
Ps. Leżenie na gołej ziemi zdrowiu nie służy! Chyba coś mnie bierze...
Subskrybuj:
Posty (Atom)